Testudos |
Korwin-Mikke, o-o! |
|
|
Dołączył: 10 Wrz 2007 |
Posty: 498 |
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/3
|
Skąd: Głogów |
|
|
 |
 |
 |
|
Testudos - Stary Towarzysz
Tann przeciągnął się w krześle. Był pełnokrwistym Urakiem. Świadczył o tym jego chytry wyraz twarzy, ciemna karnacja, zwinne dłonie, marny wzrost i inteligentny błysk w oku. Ubrany był w powgniatany napierśnik, spodnie i znoszone, lecz wygodne buty. Pordzewiały szyszak stał na karczemnym stole z nieheblowanych desek. Tann złapał stojący przed nim cynowy kufel i pociągnął z niego solidnie. Spojrzał na siedzącego po drugiej stronie stołu towarzysza, będący niewątpliwie Bizancytem. Miał na imię Iwan i był wyższy od Uraka o dobre dwie głowy. Poza wzrostem o jego pochodzeniu świadczyła kwadratowa szczęka, głębokie, brązowe oczy oraz długie, kręcone włosy koloru słomy. Wpatrywał się głupkowato w misę gulaszu przed nim. Kolosa chroniła popękana i pordzewiała kolczuga, a ławę opierał się szeroki miecz. Oręż wyglądał jak nowo nabyty. Bizancyci w szkołach walki najpierw uczyli się jak dbać o oręż.
- Jedz - polecił Tann Iwanowi. - To jedyny posiłek na jaki nas stać.
Bizancyt skinął ponuro głową i zabrał się za jedzenie.
- Życie najemnika mi nie służy - mruknął.
- Wolałbyś być żeglarzem? - Tann odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się perliście.
Kolos wzruszył ramionami. Po chwili odsunął od siebie pustą miskę. Tann opróżnił kufel z piwem i sięgnął po wyświechtaną torbę leżącą u stóp Iwana. Wrzucił cynowe naczynie do środka.
- Ty znowu? - westchnął potężny Bizancyt.
- Dzięki mnie masz co jeść. Wynośmy się stąd.
Wtedy z krzykiem do karczmy wpadło pół tuzina Evmedów, najliczniejszego i niczym nie wyróżniającego się ludu na Kontynencie. Byli ubrudzeni węglem z pobliskiej kopalni. Ponad połowa z nich miała na ciele płytkie rany, a na ich twarzach malował się strach. Kilku trzymało kilofy.
- Uciekajcie! Uciekajcie! - wrzeszczał jeden z nich.
Iwan zerwał się z ławy, odruchowo chwytając miecz.
- Co jest?! - krzyknął głosem, na dźwięk którego wprost nie można odmówić.
Tuzin bywalców karczmy, Evmedów i Morlogów, prostodusznych farmerów, spojrzał na przybyłych. Karczmarz, gruby mężczyzna o sporej łysinie na środku czaszki wyszedł zza kontuaru. Polecił kilkorgu ludziom posłać po medyka. Podczas gdy górnicy opowiadali o jakichś strasznych monstrach, które wylały się na pracujących w kopalni z nowo wydrążonego szybu, Tann powoli podszedł do lady, trzymając w ręku kufel. Delikatnie postawił naczynie na kontuarze, i korzystając z tego, że karczmarz zajęty był górnikami, wszedł za szynkwas. Po kilkunastu sekundach poszukiwań Tann wrócił spokojnie do stołu, w rękawie trzymając sakiewkę z pieniędzmi. Iwan wpatrywał się przemawiającego górnika. Po chwili Evmed skończył opowiadać. Na twarzach ludzi w karczmie malowało się przerażenie.
- Co jest? - spytał Tann Iwana szeptem.
- Z pobliskiej kopalni wydostało się jakieś mordercze robactwo. Tylko ci górnicy, z ponad setki pracujących tam ludzi przeżyli.
- No i?
- To robactwo idzie w kierunku tej osady...
Tann wzdrygnął się i rozejrzał po karczmie. Karczmarz krzątał się szynkwasem, szukając czegoś. Górnicy zniknęli, podobnie jak reszta ludzi.
- Idziemy - rzucił Tann szorstko do Iwana.
Wziął łuk i wyszczerbiony miecz opierające się o ławę. Przez ramię przerzucił kołczan ze strzałami. Wyszli z budynku. Na małym, wiejskim placyku, przy którym stała karczma gromadzili się ludzie. Przemawiał do nich niski Urak, prawdopodobnie wójt wsi.
- Chodźmy - syknął Tann do Iwana, który przysłuchiwał się przemowie wójta.
- Nie.
Po chwili wójt urwał. Wpatrywał się z trwogą na północny trakt. Droga zalała fala czerni, zmierzającej ku wsi.
- Podnieś mnie - nakazał Tann Iwanowi.
Kolos skinął głową i postawił Uraka na swoich barkach. Tann ujrzał, że owa fala składała się z czarnych chrząszczy wielkości psa. Insekty kłapały groźnie żuwaczkami, a ich chitynowe pancerze lśniły w promieniach słońca. Wójt krzyknął przerażony i zaczął uciekać. Tłum podążył za nim. Iwan zdjął z siebie Tanna i dobył swego olbrzymiego miecza. Hołota zatrzymała się przed nim. Bizancyt przemówił, tym razem donośnym i dźwięcznym głosem, jaki chciałby mieć każdy oficer:
- Kreatury są za szybkie! Musimy stawić im czoła!
- Nie umiemy walczyć! - wykrzyknął jakiś mężczyzna o pobladłej twarzy.
- Nie wszyscy musimy zostać! Potrzebuję dwóch tuzinów rosłych i odważnych mężów! Dzięki ich odwadze reszta mieszkańców zdoła uciec!
- Ale oni mogą zginąć! - krzyknął ten sam mężczyzna, odwracając się i patrząc na nadchodzące robactwo.
- Tak. Wiem - tym razem przemówił brodaty Morlog w przypalonym, skórzanym fartuchu.
Rzemieślnik ustawił się obok Iwana. W ręku ściskał nieporęczny, ciężki młot: narzędzie swojej pracy. Bizancyt położył mu rękę na ramieniu i rzekł:
- Takich właśnie ludzi potrzebuję! Kto jest gotów umrzeć za swych przyjaciół i rodziny?
Z tłumu wystąpili prawie wszyscy mężczyźni.
- Dwa tuziny wystarczą - oznajmił Iwan - reszta niech pilnuje uciekających.
Po chwili wszyscy mieszkańcy wsi prócz dwudziestu czterech najsilniejszych ruszyli na południe. Robactwo było już kilkaset kroków przed wioską. Tann nie przejmował się tym. Biegł już zachodnim, piaskowym traktem.
- Tannie! Wracaj! - krzyknął Iwan.
Urak obejrzał się, ale kontynuował ucieczkę.
- Bądź przeklęty! - ryknął Bizancyt. - Dopadnę cię!
Tann nie martwił się groźbami. Miał sakiewkę pełną pieniędzy, a jego były towarzysz zapewne polegnie na polu bitwy...
***
Iwan zaklął. Stracił towarzysza i dobrego łucznika. Spojrzał na chrząszcze. Były jakieś trzysta jardów od nich. Bizancyt wiedział, że ta bitwa jest przegrana. Wrogowie mieli przewagę liczebną. Broniący się natomiast nie byli liczni, nie umieli walczyć, brakowało im ekwipunku i planu.
- Przygotować się - rzucił kolos, unosząc miecz.
Robactwo było sto jardów od nich. Chłopi utworzyli szereg na trakcie. Dzierżyli kosy, cepy, młoty i siekiery. Chrząszcze były coraz bliżej. Pięćdziesiąt jardów. Trzydzieści. Dwadzieścia.
- Na pohybel! - ryknął Iwan i zaatakował.
Ostrze miecza rąbało na kawałki insekcie ciała. Chrząszcze krwawiły gęstą, żółtawą posoką. Kolos młócił mieczem tuż przed swoimi stopami, tnąc atakujące go insekty. Jednak robaki nie były po prostu dużymi chrabąszczami. Umiały myśleć i Iwan szybko się o tym przekonał. Coś wylądowało mu na plecach. Kolos dźgnął mieczem tak, jakby chciał podrapać się klingą między łopatkami. Poczuł opór chityny jaki stawiała stali, potem usłyszał trzask. Wtedy skoczyło ku niemu kilka chrząszczy. Wylądowały na jego klatce piersiowej, udach i brzuchu. Szarpały jego kolczugę i ciało. Iwan poczuł ciężar na mieczu, który ciągle narastał. Słyszał metaliczny zgrzyt, jaki powodowało pocieranie owadzich nóg o stal. Iwan zaklął i puścił oręż, gdyż ten był zbyt ciężki, i zaczął tłuc pięściami chrząszcze na ciele. Dosłownie po kilkunastu sekundach ciało Iwana całe pokryło się insektami. Kolos słaniał się na nogach z powodu wagi kreatur. Już miał się przewrócić, gdy usłyszał trzask chitynowych pancerzy i ujrzał brodatego kowala tłukącego młotem chrząszcze. Gdy robaki było już martwe, Iwan upadł z powodu zmęczenia i ran na kolana.
- Uciekaj! - krzyknął rzemieślnik, zakrywając ciałem Bizancyta.
Kolos posłusznie podniósł się. Poszarpana kolczuga już dawno opadła w kawałkach na ziemię, rany na całym ciele piekły nieznośnie, jednak nie były śmiertelne. Iwan podniósł miecz i ruszył, słaniając się, do wioski. Kowal przez cały ten czas osłaniał go. Kolos wycofał się za szereg walczących. Północny trakt pokryty był strzępami owadów, błyszczącymi w świetle oraz gęstą krwią potworów.
- Wycofują się! - oznajmił tryumfalnie jeden z wieśniaków. - Zwyciężyliśmy!
- Nie bądź tego taki pewien - mruknął cierpko Iwan, opierając się o ścianę jednego z domów. - Macie jakieś bandaże?
- Tak - oznajmił wieśniak i pognał wgłąb wsi.
Kolos policzył, że wśród chłopów zabrakło siedmiu mężczyzn, a przynajmniej pięciu było poważniej rannych.
- Co mamy robić? - spytał kowal.
- Ustaw dwóch wartowników przy każdym trakcie i poślij kogoś aby zobaczył co robią te cholerne robaki. I przynieś jedzenia. I trunków.
Kowal skinął głową i udał się wypełnić polecenia...
***
Tann przeciągnął się na wygodnym sienniku. Tak... To się nazywa życie. Od trzech dni siedział w skromnym zajeździe. Czuł się jak w niebie. Pieniędzy mu nie brakowało, dobrze jadł, kąpał się w ciepłej wodzie, sypiał pod grubą pierzyną i nogi po jednodniowej podróży przestały boleć. Straty w sakiewce uzupełniał pieniędzmi, które kradł zatrzymującym się tu kupcom. Przestał się martwić Iwanem, gdyż ten nie dawał żadnych znaków życia. Przezornie złodziej wynajął kilkoro drabów, by odszukały kolosa i zabiły go. O tak, Tann był zadowolony z życia.
***
Kolos wstał z prostego siennika. Przeciągnął się. Ubrany był w same spodnie, a jego klatka piersiowa i uda pokryte były przeplatającymi się bandażami. Większość ran stanowiły już tylko zadrapania, lecz brodaty kowal o imieniu Eil upierał się, by je opatrywać. Cztery dni spędzone w wiejskim domku dodały Iwanowi sił. Ze wszystkich obrażeń doskwierały mu tylko dwa. Głębokie rozcięcie na prawym udzie i szeroka, lecz nie głęboka rana na piersi. Skaleczenie goiły się dobrze, choć, według Iwana, dość powoli. Kolos założył lnianą koszulę uszytą przez wysokiego krawca oraz wysokie buty zrobione przez tę samą osobę. Usiadł na drobnym krzesełku, które zajęczało pod jego ciężarem, i zaczął powoli, wygładzać szczerby na ostrzu miecza. Ktoś zapukał do drzwi.
- Wejść! - Iwan odłożył osełkę i fachowo złapał rękojmię broni.
Do chatki wszedł kowal Eil oraz niższy tylko o jakieś dwa cale od Iwana mężczyzna zakuty w zbroję. Gliniane klepisko pękało lekko od dudniących kroków. Bizancyt od razu uznał człowieka za Wolianina: członka najdziwniejszej rasy na Kontynencie. Wolianinowie byli pasterzami koni, które hodowali w obszernej kotlinie między górami bogatymi w żelazo i węgiel. W łańcuchach górskich znajdowały się woliańskie kopalnie, dymarki i kuźnie. Hodowlane wierzchowce nie żywiły się zwykłą trawą: inaczej nie urosłyby takie masywne i olbrzymie. Wolianinowie rozsiewali stworzone przez siebie zioło, dzięki któremu konie były większe.
Jedno nie pasowało Iwanowi do idealnego przykładu rasy hodowców. Przybysz po prostu był za duży. Owszem, Wolianie nie należeli do niskich, ani nawet przeciętnych wzrostem, lecz nie zdarzali się aż tacy wysocy.
- Kim on jest? - Iwan wskazał mieczem rycerza.
Wojownik w stali zdjął hełm i umieścił go pod pachą. Wtedy Iwan zrozumiał. Ujrzał kwadratową szczękę przybysza, czarne włosy i krzaczaste brwi - cechy typowe dla Bizancyta. Jednak było coś jeszcze. Orli nos, wysokie czoło, roziskrzone niebieskie oczy. Mężczyzna był wynikiem skrzyżowania dwóch ras.
- Jam jest Ulryk Gromowładny, Mistrz Wojennego Rzemiosła i Pan Płonących Pól Bitewnych!
- Tak, tak... - mruknął Eil. - Chodzi o to, że...
- Gdy zmierzałem spokojnie traktem, kilkoro gburów mię zaczepiło. Kazali zdjąć mi mój hełm i zejść z wierzchowca. Poszukiwali niejakiego Iwana.
- To ja - rzekł Bizancyt. - Co z tymi, którzy...
- Jako iż obrazili mię potężnie, ściąć ich musiałem. Czyżbyś znał ich?
- Może jednego - Iwan pokiwał głową. - Czy wśród tych drabów był jakiś Urak?
- Żadnego.
- A zatem mój były przyjaciel jeszcze żyje. Dziękuję ci, Ulryku, że mnie powiadomiłeś.
Rycerz skinął głową, pożegnał się i wyszedł.
- Iwanie, nasz zwiadowca powrócił - rzekł Eil.
- I co robią te robaki?
- Zmierzają na wschód. Sądzę, że powinniśmy ostrzec wioski znajdujące się na trasie chrząszczy. Musielibyśmy zrobić to teraz. Nie wiemy także co z naszymi rodzinami.
- Dobrze... Niech kilkoro z was pójść na wschód, a reszta na południe. Ja idę na zachód, porozmawiać z moim starym przyjacielem...
- Będziesz nam potrzebny. Co się stanie, gdy natrafimy prosto na pochód tego paskudztwa?
Iwan uśmiechnął się lekko.
- Jedźcie z tym rycerzem. Znam opowieści o Ulryku Gromowładnym. Ten człowiek pewnie mógłby samemu rozgnieść tę hordę chrabąszczy. Szybko! Jeszcze chyba nie wyjechał.
Eil skinął głową i wybiegł z budynku. Iwan przeciągnął się, zjadł pozostawiony poprzedniego dnia kawałek chleba, poleżał chwilę na sienniku i wyszedł. Wioska była pusta. Eil sumiennie wypełniał swoje obowiązki. Iwan ruszył spokojnie zachodnim traktem, przypasując miecz.
***
Tanna obudziło łomotanie w drzwi. Urak jęknął. Głowa straszliwie go bolała po wczorajszej popijawie.
- Kto tam...? - jęknął.
Do pokoju wszedł Micar, drobny złodziejaszek. Był niewysokim Evmedem o rozbieganych oczkach.
- Te... Tann...
- Jest noc... Daj spokój...
- Świta - wzruszył ramionami Micar. - Ktoś cię szuka.
- Kto?
- Jakiś Bizancyt. Iwan, czy jakoś tak...
- O cholera! - Tann zerwał się z łóżka jak poparzony.
Założył szybko koszulę i buty, złapał sakiewkę, przerzucił łuk i kołczan przez ramię i wybiegł z pomieszczenie ściskając miecz. Nie chciał schodzić po schodach, do izby karczmy. Iwan mógł już tam być. Tann dobiegł do końca korytarza, gdzie działa spora dziura, stanowiąca okno. Teraz, wczesną jesienią, nikt nie zasłaniał otworu, przez które wpadało ciepłe powietrze.
Urak wyrzucił przez okno łuk i kołczan, potem miecz i sam skoczył. Bezpieczny upadek z dziesięciu stóp nie był żadnym problemem. Dla Tanna nie, ale dla łuku, na którym wylądował, owszem. Łuczysko pękło z trzaskiem na dwoje. Urak podniósł szybko miecz i popędził do sosnowego lasu znajdującego się jakiś tysiąc kroków od karczmy.
***
Iwan wszedł po karczemnych schodach, do pokoju, który podobno zamieszkiwał Tann. Przed drzwiami pomieszczenia stał niewysoki Evmed, rozglądając się niepewnie.
- Hej! Ty! - krzyknął Iwan.
Człowieczek złapał za rękojeść sztyletu. Niepewność znikła z jego twarzy.
- Mam większy - rzekł kwaśno kolos, poklepując owiniętą drutem rękojeść broni.
Evmed wysunął jakiś cal ząbkowanego ostrza sztyletu.
- Kupujesz mu czas? Śmieszny jesteś... - mruknął Bizancyt.
Ostrze miecza ze szczękiem wysunęło się z pochwy.
- Mów, gdzie on jest.
- Nie ośmielisz się mnie zranić! - karzełek wypiął dumnie pierś.
Iwan westchnął i gładko wbił miecz w udo Evmeda. Mężczyzna jęknął i puścił sztylet.
Okno... - wystękał ranny.
Dziękuję - Iwan wyrwał ostrze z nogi mężczyzny i biegiem ruszył ku oknu na końcu korytarza.
Wyskoczył przez otwór w ścianie i wylądował miękko na nogach. Dla Iwana wysokość dziesięciu stóp była niczym. Kolos ujrzał strzaskany łuk i uśmiechnął się szeroko. Los Tanna był przesądzony.
Iwan rozejrzał się wkoło. W oddali ujrzał Uraka biegnącego w kierunku dużego, sosnowego lasu. Tann był mniej więcej sto kroków od boru.
- Idę po ciebie! - ryknął Iwan i zaczął biec.
Tann zatrzymał się i rozejrzał dookoła. Gdy ujrzał potężną sylwetkę kolosa, krzyknął, przerażony i ponowił ucieczkę.
Bizancyt uśmiechnął się w biegu. Urak może był sprytniejszy i zręczniejszy, ale Iwan miał dłuższe nogi i sporą kondycję fizyczną. Tann wbiegł już do lasu. Bizancyt przyspieszył i w biegu wyciągnął miecz. Po jakimś czasie wpadł do lasu. Zatrzymał się i nasłuchiwał...
***
Tann skulił się w zbutwiałym pniu. Nie było warto uciekać. Ten szaleniec, Iwan, miał dłuższe nogi i biegał cholernie szybko. Urak spojrzał przez otwór w pniaku. Ujrzał Bizancyta stojącego jakieś sto kroków od jego kryjówki. Tann sięgnął odruchowo na plecy, ale łuku tam nie było. Z przyzwyczajenia zaklął...
***
Bizancyt usłyszał przekleństwo. Brzmiało jak "przeklęta zaraza". Iwan skierował się w tamtą stronę, z mieczem wzniesionym do ciosu. Rozglądał się na boki. Ujrzał pięćdziesiąt jardów przed sobą spory, zbutwiały pień. Wtedy pniak pękł z trzaskiem. Wyskoczył z niego Tann i zaczął uciekać. Bizancyt po kilkunastu sekundach dobiegł do Uraka i ciął mieczem. Ostrze wbiło się na kilka cali w sosnę, za którą zdążył ukryć się Tann. Bizancyt puścił miecz i złapał uciekającego mężczyzną za ramiona. Uniósł go w powietrze i cisnął o pobliskie drzewo. Tan z jękiem zderzył się z twardym pniem i opadł na leśne poszycie. Iwan po chwili mocowania się drzewem odzyskał miecz. Tann wstał i zamierzał uciec, lecz ostrze bizancytowego miecza świsnęło mu przed oczyma. Urak odskoczył do tyłu, krzywiąc się z bólu i dobył własnego oręża.
- Jesteś trupem - mruknął Iwan, nacierając na byłego towarzysza.
Tann odskoczył w bok, pozwalając by miecz Bizancyta wbił się w drzewo. Wtedy Urak pchnął swym orężem, celując w brzuch. Iwan odsunął się na bok, puszczając broń. Przy zwinności Tanna i drzewom tylko przeszkadzała. Pordzewiałe ostrze miecza przeszyło powietrze, muskając odzienie Bizancyta. Iwan chwycił przedramię Tanna i szarpnięciem przyciągnął go do siebie. Urak wyrywał się, lecz kolos stłumił próby oporu ciosem w brzuch. Złodziej jęknął z bólu. Iwan odepchnął trzymanego przeciwnika od siebie i wyrwał miecz z drzewa.
- Wstawaj i walcz jak mężczyzna i nie próbuj żadnych sztuczek! - krzyknął Bizancyt, stając w rozkroku z mieczem w dłoniach.
- Jasne, towarzyszu... - Tann splunął krwią i podniósł się powoli z ziemi.
Także wzniósł miecz.
- Już po tobie - Iwan uśmiechnął się kwaśno.
- To się jeszcze okaże...
Kolos zaatakował, tnąc z góry na dół. Urak ledwo zdołał wznieść miecz, by sparować cios. Klingi zderzyły się z metalicznym zgrzytem. Iwan uderzył ponownie, tym razem z większą siłą. Pordzewiały miecz Uraka pękł z trzaskiem, gdy trafiło w niego ostrze bizancytowego miecza. Tann cofnął się przerażony. Spoglądał z niedowierzaniem na kilka cali strzaskanego ostrza, które mu pozostały.
- Tym nadal możesz sięgnąć serca - Iwan fachowo pokiwał głową. - Atakuj.
Tann, w złości czy też rozpaczy natarł na kolosa, który tylko wyciągnął miecz przed siebie. Urak samemu nadział się na stopę stali.
- Ale... - wykrztusił, plując krwią.
- Tak to jest - wzruszył ramionami Iwan. - Ta rana może nie być śmiertelna. Mierzyłem w płuco, ale ty się zachwiałeś... Nie, nie przebiłem ci nic ważnego.
Tann odetchnął z ulgą. Kolos spojrzał na niego i wyszczerzył zęby.
- Nie martw się. Zaraz to naprawię - Iwan uśmiechnął się i obrócił ostrze...
Belwar - Pościg
„[…]i pamiętaj synku - nigdy, przenigdy nie zbliżaj się do psiriona, bo miła twoja nie ujrzy ciebie już takim, jakim pamiętała…”
(Fragment listu)
Kwiecień 1861
Cios. Ból i poniżenie. Kolejny – tym razem na pewno w nos. Trzeba było oddać, honor nie pozwalał na pofolgowanie czemuś takiemu. Że niecelnie i żałośnie, to już inna historia.
- Wstawaj człowieku, już dziesiąta! – zimny, basowy głos dostał się do uszu.
Otworzył oczy. Przed nim stał masywny, około czterdziestoletni mężczyzna. Krótkie, krucze włosy i zielone oczy, wąskie usta, ostry nos.
-Santa Anna? – wymamrotał słabym głosikiem.
-Twój brat, durniu! – tym razem głos wydał się cieplejszy – Tak, ja, James!
„Bezimienny” szerzej rozwarł oczy, skupił się, aby obraz się nie zamazywał. Nawet huczenie w uszach przestało doskwierać. I oto nos człowieka nazwanego Jamesem wygładził się, oczy uspokoiły się, usta uśmiechnęły, włosy rozjaśniły. A może zawsze takie były, tylko wzrok zawodził?
Widział już stosunkowo dobrze. Mężczyzna ciągle nad nim stał… A właśnie, stał! Więc on leżał. Przyjrzał się strojowi niedawnego ciemiężcy. Na głowie miał brązowy, kowbojski kapelusz, nieco niżej znajdowała się brudna koszula barw wielorakich i narzucona czarna kamizelka. Spodnie miały ten sam kolor, na samym spodzie oczywiście kowbojskie buty z „gwiazdkami”.
James wyszedł przez drzwi. Zaraz, on nazwał go swoim bratem… ? Mniejsza. Roztargniony człowiek rozejrzał się, aby ocenić, gdzie jest. Doszedł do wniosku, że musi to być zwykły pokój, być może jego. Leżał na łóżku, na prawo stała prosta, dużą szafa, tuż obok której znajdował się przewrócony stołek. Po lewo zauważył mały stół z białym obrusem, na którym leżało lusterko. Sięgnął po nie. Chciał ujrzeć swoją twarz, by rozwiać wszelkie wątpliwości…
***
-No, wstawaj, już po dziesiątej! – krzyknął postawny mężczyzna. – O nie, widzę, żeś tu nieźle napaskudził… Nowe lusterko! Będziesz mi je musiał odkupić…
Facet był masywny, miał z czterdzieści lat, ciemne włosy i jasnozielone oczy. Sprawiał wrażenie takiego, jakby gęba mu się nie zamykała. Ubrany był w kowbojskie buty i taki sam brunatny kapelusz, czarne spodnie i kamizelkę oraz pobrudzoną koszulę.
Rozmawiał z właśnie zbudzonym ze snu człowiekiem. Miał on na sobie identyczny strój, poza tym, że koszula nie była brudna, bo czerwona, a kowbojskie symbole leżały obok lichego, ledwo trzymającego się kupy łoża. Wszystko wskazywało na to, że zasnął nagle, a mianowicie niezmieniony strój, byle jak ułożona pościel i ciągłe niewyspanie.
Leżący mężczyzna był w wieku lat trzydziestu, jego piwne oczy bacznie przyglądały się otoczeniu, a usta jakby chciały coś wymówić. Połowę twarzy przysłaniały mu długie, pozostawione nieładzie tłuste włosy. W przeciwieństwie do pierwszego kowboja, ten nie wyglądał na wyjątkowo umięśnionego.
-To było na pewno w nocy! Równie dobrze tyś to mógł zrobić – odparł żartobliwie, wstając i przecierając oczy. – Który dzisiaj mamy, James?
-Dziewiętnasty. Mam ciekawą nowinę, bracie. Wiesz ty chociaż, kto to jest Abraham Lincoln? – ledwo wymówił James, nie wytrzymując ze śmiechu.
-Sam to wymyśliłeś? Mam nadzieję…
-Ej, George, bez przesady…
-Dobrze, niech ci będzie – George rozejrzał się po pomieszczeniu. Stare szafsko, połamany stolik, zniszczony stół, teraz jeszcze to lusterko. Muszę jak najszybciej stąd wyjechać, myślał. Inaczej po prostu zwariuję!
-A więc tak. Nie przedłużając, południe zerwało z pozorami i zaatakowało nas…
-Że JAK!? – George aż podskoczył – mów prędko! Dlaczego ja jeszcze o tym nie wiem?
-Dzisiaj rano przybył goniec. Powiedział, że konfederaci przekroczyli granice Nowego Meksyku i będą tu najpóźniej za dwa dni. – James starał się mówić najszybciej jak potrafił – Oprócz tego starego dziada, Johnsona, tylko my tutaj jesteśmy z Północy. Reszta bez problemu przyjmie ich panowanie. Już rozumiesz?
George złapał się za głowę. Kilka razy okrążył pokój. W końcu odezwał się.
-Lincoln nie pomoże?
-Jak znać życie, to najprędzej za parę miesięcy, a i to nie jest pewne. Wiesz chyba dobrze, że do Kalifornii jest jakieś dwieście mil?
Rudzielec zaczął skubać włosy. Potem obgryzł kilka paznokci.
-Możemy wyruszyć w godzinę?
James tylko kiwnął głową. Jego brat wiedział, o co chodzi. Szybko wybiegł z pokoju, by zrobić, co do niego należało.
-Boże, świeć nad jego duszą, a i moją, bo nie wiem, jak długo tak wytrzymam… - westchnął James i poszedł za bratem.
***
W godzinę potem byli już gotowi do drogi. Siedzieli na koniach idących stępem, plecaki wypchane prowiantem, przebrani w świeże stroje, ale jednak nie puszczali ich szybciej.
-Bracie?
-Tak, George?
-Dlaczego nie jedziemy?
-Wiesz, muszę ci o czymś powiedzieć.
-Tak?
Jakże dziwnie to bywa, że zawsze akurat w takich momentach coś musi przeszkodzić…
-Amiigooo! A dokąd to jedziemy?
Był to Sancho. Z giermkiem Don Kichota nie miał on jednak za dużo wspólnego. Zawsze żywy, wybuchowy Meksykanin pozujący na wielkiego bohatera. Kochał przygodę, i chociaż rzadko kiedy udało mu się z takiej wyjść w jednym kawałku, to nigdy się nie bał. Bo przecież co miał do stracenia?
Do dwóch siwych koni zaraz dołączył kary. Jego właściciel, jak każdy z Meksyku, miał śniadą cerę, a nad to czarną, krótką bródkę i oczy w tym samym kolorze. Czuprynę kryło sombrero, z szyi zwisał modra chustka przewieszona przez nią. Na reszcie ciała widniała zielona koszula w ciemniejszą kratę, szerokie, popielate spodnie i buty. Kowbojskie oczywiście.
-Amigo, ja też wiem, co się święci, no a rozumiecie, tego… No… - mruczał z typowym hiszpańskim akcentem.
-Jasne, możesz z nami pojechać – pozwolił James i kiwnął ręką. – no, teraz możemy już jechać, prawda, George?
Oczywiście. – potwierdził, chociaż ciekawość aż wylewała mu się uszami.
Gdyby wybierać między Sanchem a odpowiedzią, to oczywiście wybrałby przyjaciela, ale nie rozumiał jednego: po co James się tak ociągał z wyjaśnieniem? Dlaczego nie mógłby mu tego powiedzieć od razu, w pokoju, w domu? Pocieszał się myślą, że gdy znajdą się na osobności, na pewno o wszystkim się dowie.
Jechali kłusem. Gadali głownie Sancho i James, urodzeni bajarze lub inaczej: bajkopisarze. Opowiadali sobie zazwyczaj historie niestworzone, rzekomo ich przygody, w których spotykali myślące skorpiony, latające kojoty, chodzące kaktusy i inne dziwne stworzenia. I tak do piętnastej. Preria wydawała się być głucha i pusta niemal po horyzont. I tak pozostawało. Wtem coś się musiało oczywiście popsuć…
-Hej, a co to za okrzyki? – zapytał niespodziewanie wyrwany z transu George – ja coś słyszę.
-O cholibka, zapomniałem… - Meksykanin złapał się za głowę.
-Właśnie o tym chciałem ci powiedzieć – wystękał James. – Zaraz, o czym? O czym zapomniałeś?
-Cisza! – Młodszy brat ryknął donośnie. Nie było to w jego stylu, i chociaż Sancho wiedział o co chodzi, to George wolał sam to powiedzieć, żeby ukazać powagę sytuacji – Za moment dogoni nas ze stu żołnierzy konfederacji. Są uzbrojeniu po zęby, a z nas zbyt wiele nie zostanie, jako, że zrobiliśmy kiedyś to, co zrobiliśmy. – Wzrok mężczyzny spoczął na przyjacielu.
Konie nie były skrajnie zmęczone, ale nagły galop nie mógłby potrwać długo. Mieli przewagę, bo konie wrogów znacznie dłużej były na trasie, ale niepewność wygrywała. Pognali, lecz wcześniej wyjęli strzelby. Dla pewności.
-Dobrze, już dobrze! Wiem, nawaliłem – trzeba było wrzeszczeć, aby zrozumieć się nawzajem – Goniec był ranny, potem się poprawił i powiedział, że to nie dwa dni, a dwadzieścia minut. Miałem do was przyjechać z nowiną, ale jeszcze zanim zdążyłem na was wpaść, to już zapomniałem, co miałem powiedzieć! Bijcie mnie, niedobrego i żałosnego! – Sancho zalał się łzami.
-Nie marudź, mazgaju! – James obejrzał się za siebie – Widać ich! Nie ma czasu, muszę wam to wyjaśnić, bo może nie być okazji! George, zdajesz sobie sprawę z tego, kim jesteś? A raczej kim się stałeś!? Zagwiżdż, szybko!
-CO!?
-ZAGWIŻDŻ
George zagwizdał.
***
-Jak się dzisiaj czujemy, panie Jackson? – pytanie zadał, aksamitny, kobiecy głos, ale czuć w nim było nutę sztuczności.
Strach. Strach i lęk. Postać rozejrzała się po pokoju. Biały kształt szedł w jej stronę. A człowiek leżał i nie mógł się ruszyć. Idący trzymał coś w ręku. Coś małego i błyszczącego. Sen.
***
-Jak się dzisiaj czujemy, panie Jackson? – pytanie klasycznie zadała maszyna, a intonację słów Jackson znał już od dawna na pamięć.
Robot wyglądem przypominał kobietę, ale białe, lekko kanciaste płytki pokrywające sylwetkę i niewielkie śrubki rozrzucone po ciele z daleka zdradzały, kim naprawdę jest. Twarz składała się z czegoś elastycznego w miejscu policzków, błękitnych, niemal żywych lampek w oczodołach i wyginającego się, okrążonego czerwonym lakierem otworu – ust. Włosy były rzadkie, poskręcane i srebrne. Nie była ubrana, wszak jako takich kobiecych atrybutów jako robot nie mogła się wstydzić.
Była nowa, ale facet nie zwracał na nią uwagi.
Podeszła do pryczy, na której leżał Jackson.
-Wstawię herbatę, dobrze? – sztuczny głos i identyczne zdania nie dawały mu spokoju.
-Powiedz szefowi, żeby wgrał ci nowe funkcje mowy, i niech mi nie mówi, że się nie da. Dobrze? – mężczyzna mruczał pod nosem niewyraźnie.
Był to staruszek z siwą, przerzedzoną czupryną. Posturę miał tak lichą, że wydawać by się mogło, iż o własnych siłach to on się poruszać nie jest w stanie. Brązowe oczy nie posiadały blasku, skóra poprzerzynana była we wszystkie strony bruzdami i zmarszczkami. Zęby żółciły się jakby wykonano je ze złota, ale składały się tylko ze szkliwa. Strojem jego był szary, jednoczęściowy, gumowy kombinezon bez żadnych ozdób.
Zrzucił kołdrę na podłogę zrobioną z jakiegoś ciężkiego, białawego metalu, jak i zresztą ściany razem z sufitem. Pomieszczenie było kwadratem, o boku około piętnastu łokci. Za wyjątkiem wspomnianego łóżka oraz stalowej szafy i stołka oraz małego, wmurowanego w ścianę stołu z tego samego materiału i nie znajdował się tu żaden mebel więcej. Z pewnością nie należało do przytulnych miejsc.
Jackson wstał. Powoli. Bardzo powoli. Spojrzał na dłonie robota. Trzymał on czajnik i niewielkie lusterko.
-A więc? – zapytał ochryple.
-Co więc?
-Proszę?
-Przepraszam, ale nie zarejestrowałam tamtego pytania.
-Dlaczego?
-Oh, sama nie wiem. Przepraszam…
-Nie szkodzi, sam z nim pogadam. O, i czy nie możecie mi tego lusterka powiesić nad głową? – Jackson wyraźnie ją sprawdzał.
Uh… - android wyglądał na lekko zakłopotanego – Dobrze pan wie, co byłby w stanie zrobić, a poza tym by się pan pokaleczył…
Mężczyzna wyszedł. Znalazł się w korytarzu z takim samymi ścianami, jak w pokoju. Rozchodził się on w dwóch kierunkach. Staruszek poszedł na lewo. Odnoga była pusta. Wystarczyło kilka kolejnych kroków, a ślepa pozornie ściana rozstąpiła się na boki. Za nimi znajdował się malutki pokoik. Tutaj nie było już dosłownie nic oprócz sporej wypustki w podłodze nadającej się jako tako do siedzenia i okna z parapetem. „Drzwi” zasklepiły się. Człowiek skierował się ku `okienku. Wyjrzał przez nie, ale nic tam nie zobaczył. Prócz ciemnej, bezgranicznej pustki. Stuknął w pseudo krzesło, które sekundę potem rozeszło się na dwie części. Było tam starodawne wieczne pióro, kartka papieru i poduszka. Po wyjęciu przedmiotów, mebel zamknął się.
***
-Gwizdnąłem!
-Zatrzymajcie się! – wrzasnął James.
-Jak to? – Sancho nie wierzył własnym uszom, ale zawrócił konia, gdy zobaczył, że zostawił kamratów w tyle. Ale i tak nie zdążył dojechać.
Momentalnie rozpętała się burza. Ale nie ze zwykłymi piorunami. Z dzikimi. Czarne chmury wręcz w parę sekund spowiły niebo. Nastała ciemność. Pogoń ustała. Gigantyczny krąg błyskawic, czy też dla innych płomieni, lub jeszcze czegoś innego, pojawił się tuż nad głowami konfederatów. Rósł. Powoli zaczynał formować się w nim jakiś obiekt. Z daleka napawał grozą…
***
-„Wyłonił się wtedy biały jak śnieg, wielki jak miasto, tajemniczy jak Bóg. Wtedy ich, teraz także mój. <<Abbovlixun>>, co znaczy w ich języku tyle, co <<ocalenie>>. Przemianowali go dopiero potem. Ciężko mi to opisać, ale wyglądał jak ogromny, latający małż. Z dolnej jego części wypłynęły smugi szkarłatnego światła, by po chwili zniknąć razem z wrogiem.” Srata tata, srata tata, srata tata… „Mam ci coś jeszcze do powiedzenia: Uważaj na siebie i pamiętaj synku - nigdy, przenigdy nie zbliżaj się do psiriona, bo miła twoja nie ujrzy ciebie już takim, jakim pamiętała…”. Hm… Coś słabo widzę idzie ci to pisanie. A co to jest tak w ogóle?
Jackson nawet nie zauważył, jak ktoś wszedł do pokoju. A był to szef. Człowiek o niezwykle bladej cerze, białych włosach(Lech nie siwych) i czarnych oczach. Nosił jedynie fartuchy w kolorze włosów, tak jakby chciał wtopić się w ściany. To on rządził statkiem, i to on wydawał decyzje.
-Mój list do mojego nienarodzonego, tym razem udaję, że boję się o jego życie. Nudzi mi się strasznie. Kiedy będziemy mogli przenieść się do tamtych chwil i odnaleźć te chore psiriony?
-Niedługo, George, niedługo…
-Mam nadzieję. Napijesz się herbaty? Laur… Nie czekaj, jak ona ma teraz na imię?
-Jessica. A tak w ogóle, to chętnie.
-Musimy o niej porozmawiać.
-Zamieniam się w słuch.
-Otóż…
Kryteria oceniania
Oryginalność – 10 punktów (ogólny pomysł na rozwinięcie tematu - im bardziej niekonwencjonalne podejście do tematu tym więcej punktów)
Estetyka tekstu - 20 punktów (połączone styl + błędy z uzasadnieniem)
Zgodność z tematem - 10 punktów (na ile odbiegliśmy od tematu pojedynku)
Ogólne wrażenia - 10 punktów (wrażenia ogólne, przesłanie, wartości itp.)
Przykład:
Tekst 1 - Tekst 2
Oryginalność - 5 - 10
Estetyka tekstu - 15 - 11
Zgodność z tematem - 10 - 2
Ogólne wrażenia - 8 - 10
Razem: 38 : 33
Oceniać można do 6 października, godziny 20.00 |
|