Teslar Forum

Wszystko o fantastyce i RPG

Forum Teslar Forum Strona Główna -> Teatr wielki -> Folvor vs. Testudos
Napisz nowy temat  Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Folvor vs. Testudos
PostWysłany: 27.09.2007 o 16:55
Testudos
Korwin-Mikke, o-o!

 
Dołączył: 10 Wrz 2007
Posty: 498
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Głogów





Temat: Pod Rozmemłanym Burakiem, Wschodnie Puszcze.
Długość: 4-6 stron w wordzie czcionką 12
Gatunek: Proza, niekoniecznie "czyste fantasy".


No co? Kolejny pojedynek(zapowiada się ciekawie ^^)!
Czas do 11 października! Prace słać na [link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
PostWysłany: 11.10.2007 o 14:52
Testudos
Korwin-Mikke, o-o!

 
Dołączył: 10 Wrz 2007
Posty: 498
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Głogów





Folvor

- Słyszałeś to?- barczysty strażnik z nadmierną pasją zaczął spoglądać w mrok. Był wyraźnie podenerwowany. Obok niego podreptał jego kompan, z donośnym metalicznym dźwiękiem wyciągając miecz. Zupełnie nie wiedząc, czego właściwie szukają, postąpili jeszcze kilka kroków wgłąb lasu. Była noc, a do tego pochodnie już dawno zgasiła ulewa, dlatego też zanim spostrzegli leżące na murawie ciało musieli je trochę podeptać.
- Nie ruszaj się, jesteś otoczony!- powiedział strażnik do nieruchomego korpusu, który wyglądał, jakby przed chwilą spadł całym ciężarem z leżącego w pobliżu muru. Odpowiedziała mu cisza; w ciemności pojawił się lekko dostrzegalny rumieniec. Drugi wartownik wyraźnie się zdenerwował.
- To było bardzo zabawne Craig... a teraz rusz swoje tłuste dupsko i pomóż mi przenieść to pijane bydlę w od... Aarrgh!
Zanim którykolwiek z nich zdążył zareagować, nieruchoma postać zrobiła kilka sprawnych ruchów i bez słowa rzuciła się na wartowników. Po chwili szamotaniny zwyciężył nieznajomy, a strażnicy leżeli bez ruchu ogłuszeni maczugą. Twarz obcego nie miała żadnego wyrazu, przeszukiwał swoje ofiary w sposób, jakby to robił od dziecka, a łupy bez zastanowienia przeliczał na odpowiednią wartość.
Po kilku minutach pochylona postać pośpiesznie wsypała ostatnie monety do kieszeni płaszcza i po cichu odeszła.
Ów mur, który pokonał nieznajomy, otaczał kołem miasto Thellopia. Mogłoby się wydawać dziwne, że miasto największych kryminalistów, mieszańców i dewiantów wymaga ochrony- i rzeczywiście niewielu obywateli tego chorego społeczeństwa zdawało sobie sprawę z niebezpieczeństw na zewnątrz. Kiedy się jednak weźmie pod uwagę fakt, iż Miasto Przy Jeziorze leżało na skraju największej dżungli na kontynencie, pełnej potężnych stworzeń i pradawnej magii oraz to, że Imperium już dawno miało w nich wroga, wybór szerokiej kamiennej kołyski był całkiem uzasadniony. Jednak to nie widok nikłego światła pomiędzy drewnianymi chatami przyciągnął naszego wędrowca, nie blask bijący w rozległego jeziora, ani nawet nie ciemność, która go ścigała.
Nie był też przymierający głodem, chory ani ścigany. Co więc przyciągnęło go w te strony? Tego nawet on sam jeszcze nie wiedział...
Czarny kontur przemykał teraz pomiędzy drzewami, podskakując co chwilę nad grubymi korzeniami. Poruszał się znacznie szybciej od niezdarnych strażników, zupełnie jakby ciemność mu nie przeszkadzała, albo może niewidzialna siłą popychała go do działania. Jeszcze tylko kilka kroków, troszkę oddechów i wysiłku aż dotrze do celu... no właśnie, tylko co nim było? Raz, dwa przybysz zsunął się ze stromego zbocza i biegł już przy srebrzystoszarej tafli wody. Resztki słonecznego słońca skupione w jeziorze oświetliły go nieco; gdyby tej nocy ktoś obserwował jezioro, ujrzałby ubranego w ciemny płaszcz mężczyznę. Z pewnością nie był ani wysoki, ani też potężnie zbudowany, ale postawa i sposób, w jaki się poruszał wywoływały pewien szacunek. To nie był przeciwnik, którego powala się kilkoma ciosami w gospodzie.
Nagle przybysz zatrzymał się. Biegnące za nim przez cały czas zmęczenie wreszcie go dopadło, i ostatecznie dotarła do niego powaga wyboru, który miał zaraz dokonać. Przez chwilę wyglądał bardzo ludzko, zupełnie jak zagubiony pośród nieprzyjaciół jeniec. Z czasem wrażenie to ustępowało, aż w końcu zadął zachodni wiatr i wędrowiec ruszył dalej. Już nie biegł, ale pewnym krokiem wstąpił na ścieżkę i kontynuował podróż.

Gospoda Pod Rozmemłanym Burakiem była budynkiem jedynym w swoim rodzaju. Tylko szaleniec mógłby budować karczmę, stajnie, dom publiczny i gildię najemników w samym środku olbrzymiego lasu, prawda? Bob właśnie takim szaleńcem był, a do tego w swej roli spełniał się całkowicie. Niewielu było w tamtych czasach bandytów, którzy potrafili znaleźć najemnika, wykidajło i panienkę w jednej osobie, a o rozcieńczaniu buteleczki rumu trzema baryłkami wody nie wspominając. Tak, tu życie zawsze toczyło się po staremu- strach oblewano alkoholem, pieniądze prano hazardem, a... a inne aspekty były również niezgorsze. Wielka dębowa chata na wzgórzu, odwieczna jak kamień i szumiąca jak morze. Czy ktokolwiek jest w stanie się temu oprzeć? Absolutnie nikt! Gospoda była w tych czasach znana w całym szerokim świecie, a niejeden mieszkaniec Thellopii zamykał swoją rodzinę w piwnicy, aby tylko wstąpić na piątkową popijawę.
Owej nocy pagórek połyskiwał światłem do bardzo późna, huczna zabawa nie ustępowała nawet w środku nocy, a Bob miał znakomity nastrój. Właśnie te pochodnie, umocowane po obu stronach wejścia przykuły uwagę wędrowca, który jak gdyby nigdy-nic sunął pewnie przed siebie, zostawiając w tyle brukową uliczkę. Przybysz był nawet na tyle zuchwały, że chciał minąć wykidajłę bez słowa! Takie zachowanie nie przystawało nowym, ignorancja i brak szacunku- tego wojownik pokroju Linup’a nie mógł znieść...
- Stać!- ton bandziora był niemal dyplomatyczny; w wędrowcu narosła nagle ochota na postój i wysłuchanie.- Zdejmijcie kaptur panie, i przedstawcie swe imię.- podróżnik wyprostował się, wyglądał na zaniepokojonego.
- Kaptur...- to słowo sprawiło mu dziwną trudność- Drogi panie, wyglądacie na spragnionych. Macie tu kilka monet, wam się bardziej przydadzą...
Po tych słowach zrzucił jakby od niechcenia kilka srebrników i ruszył w kierunku drzwi, zostawiając za sobą osłupiałego ochroniarza. Nad nimi załopotał cicho metalowy szyld z wymalowanym burakiem.
- Wasz akcent! Skąd jesteś, nieznajomy?- słowa wykidajły trafiły w pustkę, wprawiając go w jeszcze większe osłupienie. Tajemniczy wędrowiec zręczną sztuczką przekupił go nędznym groszem i zanim ten zdążył właściwie zareagować zniknął za drzwiami. Chyba powinny się tym zainteresować oddziały miejskie...
Przekraczając małą śmierdzącą od wilgoci izdebkę podróżnik wkroczył wreszcie do głównego pomieszczenia karczmy. W przeciwieństwie do nocnych stróżów za nim, tutaj większość gości wyglądało prawie jak on. Pewnie dlatego niewielu pijanych myśliwych spostrzegło nowego towarzysza, czasami tylko rzucił na niego spojrzeniem jakiś najemnik albo wampir. Przybysz przeszedł obok długiej ławy robiącej za szynkwas i stanął przed niewielkim człowieczkiem. Bob, bo tak brzmiało jego imię, mieszał właśnie chochlą w dużym, parującym naczyniu.
- Witajcie panie- nowy starał się utrzymać wyniosły ton; karczmarz kiwnął głową- Zaintrygowała mnie nazwa tego miejsca...
- Ależ przy-przyjacielu czy jesteś nowy w tych stronach? Toż to największy burdel na wschód od imperium!- barman zaśmiał się głośno. Był wyraźnie pijany.
Przybysz zmusił się do uśmiechu.
- We wielu gospodach piłem, ale jeszcze nigdy nie widziałem równie głupiego mienia...
- No ba!- karczmarz Bob przywołał rozmówcę gestem- Przyja-cielllu, kiedy po kilku głębszych spróbujesz powiedzieć rozm-romm-emłały... to zrozumiesz!
Oberżysta zaśmiał się ponownie i zajął się wycieraniem szmatą kufla. Prawdopodobnie nie zauważył, że wcześniej już go napełnił browarem...
- Ile chcecie za pokój?- przybysz był wyraźnie rozbawiony. Wcale mu nie przeszkadzały kłęby pary wydobywającej się spod szynkwasu.
- Hol, ha... no ten... a, no tak: hola-hola! Zdradź swe imię staremu Bobowi!- ponownie to zapytanie zdenerwowało jego rozmówcę.
- Nazywam się Dave...ale mów mi Marysia.
- M-miło mi, jestem Bob- karczmarz uścisnął żelazną podkowę, jakby się z nią witał. A więc wracając do g...głównego rdzenia naszej rozmo-wwy, przykro mi.- Bob dla pewności zrobił minę przykrego pijaka, któremu jest smutno.- Kilka tygodni temu ci mili panowie... o, tam!- wskazał na najemników siedzących przy największym stoliku- Jeden przypadkiem zostawił na łóżku zapaloną pochodnię no i, sam rozumiesz, to miejsce przypomina teraz bardziej burdel niż kilka miesięcy temu. Obawiam się, że musisz zadowolić się kilkoma głębszymi.
- Tak zrobię. W międzyczasie, czy mógłbyś powiedzieć mi panie, gdzie tu znajd...- zdanie przerwał Bob, który krzycząc „już się nalewa!” pobiegł między stołami do najemników. Dave został sam, korzystając z okazji podniósł kufel herbatki rumowej i przechodząc się powoli po izbie zniknął we mgle.
Szynkwas leżał na prawo od wejścia i rozciągał się przez całe pomieszczenie. Przy nim stały posłusznie stare krzesła, jedno bardziej połamane od drugiego, robiąc jedynie maleńką przerwę na schody i przejście dla oberżysty. Głębiej leżała scena, złożona z cieniutkich desek, podestu i gilotyny, a całą przestrzeń pomiędzy zajmowały stoły i niskie taborety. Tej nocy siedziało przy nich kilkunastu najemników o niemrawym spojrzeniu, pijani myśliwi, kilku stałych klientów, takich jak złodzieje, oraz wampiry, które teraz niczym się nie przejmując grały w „Krwawe Oko”. Właśnie ze strony kanibali dobiegał największy raban, przekrzykiwanie się, licytacja, podbijanie stawki... Co chwila któryś z nich podnosił jedną z leżących pod nimi fiolek i z dzikim spojrzeniem oddawał koledze. Obok nich między porozwalanymi o podłoże flaszkami walały się pijane postaci, większość pobita. Jedna nawet jeszcze cicho pojękiwała, więc największy wampir podszedł i powalił ją kopniakiem.
Najemnicy oblewali sobie tylko znane sprawy i bawili się w najlepsze tłukąc siedzących w pobliżu myśliwych. Ci z kolei niewiele się przejmując wstawali i wracali do swoich taboretów; byli zbyt pijani, by coś czuć. Najciekawsi byli jednak pozostali, którzy siedzieli w grupkach dwu-trzy osobowych. Znajdowali się wśród nich pół-orkowie, rozmawiający w dziwnym języku i grożący sobie nawzajem olbrzymimi toporami, byli niziutcy ludzie w kapturach ciemniejszych niż rozgrzana smoła, rozmawiający szeptem przy rumie rzemieślnicy i strażnicy po służbie. Zdumiewające, jak wiele spraw mogło zaprowadzić tych ludzi właściwe w to miejsce: wojowników, złodziei, kupców, zlęknionych barmanów i Honorowych Krwioodbiorców. Co gorsze dla Dave’a, większość z nich nie tylko miała broń, ale wiedziała, gdzie ją włożyć najlepiej! Zaczął się zastanawiać, kogo z nich można bezpiecznie o coś zapytać... hazardziści prędzej sprzedaliby go za kilka drewnianych żetonów, niż odpowiedzieli. Najemnicy wydawali się dziwnie nieprzyjaźni obcym, nawet podkrążone ze zmęczenia i alkoholu oczy potrafiły przybierać wilczy wygląd. Po krótkim zastanowieniu postanowił spróbować u złodziei, siedzących na ironię losu w najdalszej od wejścia części izby.
- Powiedzcie mi, ludziki, gdzie znajdę przywódcę tego miasta?- Dave rozpoczął prowokującym tonem; nie miał już wiele złota.
- Dlaczego mielibyśmy ci pomóc, nieznajomy?- to niższy z nich.
- Pomyślmy przez chwilę... dlaczego nie mielibyście pomóc miłemu, skoremu do zapłaty i życzliwemu wędrowcowi?
- Znakomity pomysł! Właśnie kończy nam się wino sosnowe, może nam dolejesz na swój koszt?
Takiego obrotu spraw Dave się nie spodziewał, nie miał wszak czym zapłacić.
- Czyżby potężny i sławny przywódca Thellopii ukrywał się w beczce wina?
- Taaa... to było by do niego podobne!- drugi złodziej pierwszy raz się odezwał. Obydwoje wybuchnęli śmiechem.
Dave szybkim ruchem odsunął taboret i usiadł naprzeciw niższego złodzieja. Nikt nie mógł zobaczyć, jak wyciąga pod stołem krótki mieczyk i podsuwa karłowi pod gardło.
- Ostatni raz grzecznie się pytam, gdzie jest przywódca Thellopii!
- Hethoc, n-nie wiem jak ty, ale ja idę po coś do zab... to znaczy zapicia.
- Nie wstawaj ośle!- karzeł nie spuszczał groźnego spojrzenia z nowego. Wreszcie ustąpił- Mieszka w Posiadłości, koło świątyni.
Dave wyszczerzył zęby.
- A teraz grzecznie poproszę o złoto...
To był błąd, nikt nie może bezkarnie okradać złodzieja. Doświadczenia się nie lekceważy... tak, to był poważdy błąd. Czekali.
- Nie odważysz się tego zrobić! Wezwę straże!
- Pierwszy wymierzę wyrok. Złoto, albo dołączysz do wampirów!- atmosfera w karczmie nie została zmącona, nikt nie zwrócił uwagi na siedzącego ze złodziejami obcego. Mimo to w powietrzu dawało się wyczuć coś niepokojącego...
Mijały minuty, a żaden z przeciwników nie odważył się pierwszy zadać ciosu. Pijany przyjaciel Hethoc’a niewiele rozumiejąc dopijał w ciszy swój kufel. Co kilkanaście minut z góry schodzili kolejno najemnicy, uśmiechając się pod nosem. O dach z dużą siłą uderzyła jakaś sowa... nadciągnęła nawałnica.
Nagle wrota rąbnęły z dużą siłą o ścianę, wiatr poprzewracał kilka krzeseł i porozrzucał drobne przedmioty. I w momencie, gdy wampiry ze wściekłością uzupełniali potłuczone fiolki nowymi, a myśliwi wstawali z podłogi, ktoś krzyknął.
- Zielony, kryć się! Zielony!
To jeden z najemników, stojący najbliżej sceny. Wpatrywał się prosto w Dave’a. Wiatr zrzucił z niego kaptur i odsłonił ukryte za nim zakończone ostro uszy. Przybysz błyskawicznie wskoczył na stół i odepchnął siedzących najbliżej karłów. Powoli przez parę zaczęły dochodzić wszystkich gości te nowe informacje, małą grupka najemników zaczęła zbliżać się do sceny. Wgłębi pomieszczenia rozległy się złowrogie szepty.
- Zielony? O bogowie... prawdziwy zielony?!
- Oni są z tej wioski, no wiecie... jak jej tam było?
- Stuknięte elfy, ponoć zjadają ludzi!
Pod stolikiem tłoczyli się już wszyscy mężczyźni z bronią. Niewielu wiedziało, o co chodzi, ale wszyscy wyczuwali swojego wroga. Niektórzy dostrzegali nawet feralne uszy.
Dave był dobrym szermierzem, ale nie mógł się równać z gromadą odpornych na ból oprychów. Pozostało mu tylko jedno rozwiązanie: ucieczka! Z prędkością gonionego jelenia zbiegł ze stołu, podniósł dwa taborety i cisnął nimi w tłum. Wściekle wywijając niedużym mieczykiem zdołał wytrącić kilka broni i przeciąć parę ścięgien, ale masa pijanych ciał nie poddawała się tak łatwo. Przyciskając swą ofiarę coraz bardziej utworzyli wokół stołu krąg, a więc obcy wybił się z niego i całym ciężarem gruchnął w najemników. Pokonawszy na leżąco kilku przeciwników wędrowiec przeturlał się do tyłu. Niespodziewanie napotkał opór strażników, którzy dopiero teraz powstali ze swoich miejsc. Walka rozgorzała ponownie w centrum izby. Biegając bez przerwy Dave atakował i uciekał przed wrogami, usiłując wybiec przez uchylone drzwi. Wampiry przewały grę, kilku najemników pobiegło na górę po łuki i strzały. Korzystając z okazji podróżnik zadźgał kilku powalonych myśliwych i rzucił się do ucieczki ku szubienicy. Za nim deptając po trupach biegli strażnicy, a jeden z nich zaczaił się pod stołem. W chwilę później ten sam gwardzista rzucił się na Dave’a, przewracając go i dźgając w nogę. Wyjąc z bólu elf przeciął mu szyję i skacząc na jednej nodze przewrócił się za ladę. Przy szynkwasie zahuczało i strzały wbiły się w deski. Przewrócił się parujący kocioł z naczyniem, zaśmierdziało zieloną cieczą wylewającą się teraz w najlepsze na podłoże. Korzystając z okazji zamieszania Dave przeskoczył szynkwas i zaatakował najemnika przy drzwiach, wypychając go na zewnątrz. Szamoczących się na progu przeciwników zaatakował wykidajło, przygniatając ich obu maczugą.
Złodziej zawsze wygrywa...

Wędrowiec kulejąc i przewracając się co chwilę rzucił się w krzaki na skraju lasu. W głowie miał jeszcze obrazy walki i panicznej ucieczki, kiedy zasłonił się ciałem najemnika i oberwał razem z nim maczugą. Nieszczęśnik umarł, a elf omal nie omdlał, jednak zdołał dźgnąć wykidajłę w nogę i bez broni zbiec z miejsca. Leżąc teraz na mokrej trawie nareszcie mógł w pełni zrozumieć, co się wydarzyło. Niewiele pamiętał z całej walki, ale wiedział, że trwała dość długo i stracił przez nią dużo krwi. Obwiązana pergaminem noga odmawiała posłuszeństwa, a żebra prawdopodobnie miał strzaskane. Tylko adrenalina zmuszała go do utrzymania świadomości...
W pobliżu przebiegła gromada najemników, przeklinając czasami po zderzeniu z drzewami. Jeden z nich był bardzo podobny do niego, może był półkrwi elfem...? Mógłby okazać się bardzo pożyteczny, gdyby oczywiście, zgodził się odłączyć od reszty gromady. Tylko dlaczego nie widzą tych drzew, w końcu jest tak jasno... tak jasno.
Kilka ciężkich godzin później Dave zdał sobie sprawę, że zemdlał z bólu. Niedługo musiał wstać świt, pozostało bardzo mało czasu... Powoli wracała do elfa świadomość. Począł rozglądać się po otoczeniu: leżał w gęstwinie, w dali nad koronami spoglądał posępny, czarny mur. Noga nadal go bolała, ale zdołał wstać. Uśmiechnął się na widok zabawnego człowieczka w stroju najemnika, który leżał ogłuszony kilka metrów od niego. A jednak coś zdołał zrobić przed omdleniem! Nie myśląc długo zdjął z niego zbroję, nałożył na niego własne ubranie a żelastwo schował w krzaki. Nadal musiało być ciemno, to była jego jedyna broń. Usiadł kilka kroków od swojej ofiary i zaczął bandażować sobie rany.

Najemnik obudził się w zupełnym mroku. Nic nie pamiętał, było mu zimno i miał strasznego kaca. Wstał, pocierając sobie obolałą głowę.
- Wstałeś nareszcie- wyniosły głos zabrzmiał gdzieś w mroku. Najemnik zadrżał.
- Kim... kim jesteś?- głos wydobywający się z jego ust był zdumiewająco przerażony. A przecież wcale się nie bał!
- Nie bój się, dopóki stoisz w miejscu jesteś bezpieczny...
Z daleka dobiegały krzyki jego towarzyszy, to pozwoliło najemnikowi nieco zebrać myśli. Po chwili zdał sobie sprawę, że rozmawia z elfem. Postanowił na razie nie dzielić się zdobytą wiedzą...
- C-czy chcesz mnie... zabić?- teraz głos wojownika wydał się aż za bardzo prowokujący. Elf tego nie zauważył.
- Stój w miejscu, jesteś bezpieczny...
Trwali tak kilkanaście minut, oboje przerażeni i chcący wyczuć myśli przeciwnika. Aż nareszcie zza konarów drzew wyrwały się pierwsze promienie słońca. Młody najemnik ujrzał zarys swojego przeciwnika... ale on tego nie wiedział, dlaczego nie zaczekać? Kolejne minuty mijały, aż wreszcie kątem oka człowiek zdołał zobaczyć ukryty w krzakach topór... ten sam, który towarzyszył mu od dzieciństwa. Czy mogła się nadarzyć lepsza okazja?
Jak najszybciej pozwalało mu na to jego ludzkie ciało chwycił broń i rzucił się w kierunku elfa. Senny nieprzyjaciel wydawał się z początku wolniejszy od człowieka, ale z biegiem czasu odzyskiwał sprawność, biegnąc przed siebie szybciej i sprawniej wyczuwając zmiany terenu. Ale najemnik się nie poddawał, takiej nagrody nie odpuszcza się z powodu zmęczenia! Prąc przed siebie trafił w zarośla, a kiedy z nich wybiegł przybysza już nie było. Nie przejmując się tym zbytnio biegł przed siebie, on nie mógł uciec daleko! Po kilku ciężkich minutach ujrzał przed sobą światła pochodni, które wyrosły niemal za szybko przed kamiennym murem. Niewątpliwie stali tam strażnicy, może nawet któryś z jego przyjaciół...Zanim zrozumiał, co się stało, było za późno.
- To on! Elf w płaszczu, strzelać! Strzelać!- wrzaski kapitana Craiga były ostatnimi słowami, które usłyszał przed śmiercią.
W tym samym czasie Dave znów pokonywał tę samą trasę, co kilka godzin temu, teraz jednak w zbroi najemnika i kapturze oficerskim. Prosto do zgarniającego trupy z podłogi w gospodzie Boba... a potem skradając się poprzez kryjówkę karłowatego złodzieja do posiadłości władcy Thellopii... miasta, które miało zapamiętać elfa na bardzo długo.



Testudos

Miecz w rękach potężnego wojownika zakutego w stal rąbał zbliżających się barbarzyńców. Ostrze odcinało kończyny, rozbijało czaszki, łamało kości. Krew lała się strumieniami...
- Ulfie, wstawaj!
Wysoki człowiek w pełnej zbroi płytowej zsunął się z ławy i z hukiem uderzył o drewniane klepki na podłodze.
- Miecz! Mój miecz! Ja wam dam! Porąbię was...!
- To był sen - mruknął czarnowłosy, młody mężczyzna, stając nad rycerzem. - Wstawaj, wuju.
Ulf, ów kolos na podłodze zaklał siarczyście.
- Wuju...? - młodzieniec uniósł brwi. - O co...?
- Dawaj rękę, durniu!
Czarnowłosy pomógł wstać zakutemu w stal wojownikowi. Ulf usiadł ciężko na ławie. Miał pobrużdżoną zmarszczkami twarz, krótkie, siwe włosy, matowe, niebieskie oczy i krótką brodę. Pełna zbroja, którą miał na sobie, była porysowana i w kilku miejscach powgniatana. Na stole, przy którym siedział Ulf stał z tuzin pustych kufli i leżał miecz o sześciostopowym ostrzu, szerokim na sześć cali. Kolos rozejrzał się po niedużej, zadymionej izbie karczmy. Nie było w niej nikogo, jeśli nie liczyć kilkunastoletniego chłopaka ścierającego stoły, czarnowłosego młodzieńca a zarazem właściciela przybytku i zapitego Ulfa.
- Tu było więcej ludzi - rzekł starzec, gładząc ostrze miecza.
- Było. Spałeś trochę czasu.
Czarnowłosy młodzieniec z gracją przeskoczył nad kontuarem. Miał na imię Arnold i od śmierci ojca, czyli kilku lat, była właścicielem karczmy "Pod Rozmemłanym Burakiem". Chłopak zmywający stoły był dalekim kuzynem Arnolda, zwał się Brutus, a jako że nie miał rodziców, karczmarz przyjął go do siebie. Ostatnią osobą stale mieszkającą w karczmie był kucharz: niemowa, nazywany Cadibem.
- Nalej jeszcze piwa! - wykrzyknął Ulf.
- Przynieś drewna - burknął Arnold. - I zdejmij ten pancerz. Śmierdzisz.
- Każda zbroja śmierdzi. A w pancerzu czuję się bezpieczny...
Arnold machnął ręką, a Ulf wyszedł bocznymi drzwiami karczmy, skrzypiąc zbroją. Nastał już zmierzch i trwała ulewa. Wojownik skierował się do drewutni, wsypał drewno po brzegi do stojącego w pobliżu kosza i powrócił do karczmy.
Brutus, Arnold i Cadib, łysy mężczyzna w podeszłym wieku, krzątali się przy kontuarze. Na ladzie leżał mężczyzna, niemal dokładna kopia karczmarza. Różnił się tylko nieco bardziej pociągłą twarzą i większą tężyzną fizyczną. Tak, człowiek wyglądał na wojownika. Chwilę później Ulf ujrzał schnący nad kominkiem płaszcz i oparty o ścianę napierśnik oraz miecz.
- Co tu się dzieje? - huknął kolos, odkładając kosz z drewnem.
- Ten tu wszedł do karczmy, a potem zemdlał i poleciał na gębę - wyjaśnił krótko Arnold. - Nie wiesz kim może być?
Ulf podniósł napierśnik przybysza i klepnął w niego dłonią. Ugiął się. Potem zważył w ręku miecz.
- Nosi dziadostwa z Imperium. Masz odpowiedź.
Arnold podrapał się po głowie.
- Skąd on się tu wziął...?
Wtedy właśni przybysz zakasłał głośno i krzyknął:
- Gdzie ja jestem?!
- W karczmie - palnął bez namysłu oberżysta.
Przybysz zerwał się ze stołu z kondycja nie pasującą do osoby, która przed chwilą zemdlała. Odsuwał się powoli do tyłu, patrząc podejrzliwie na Arnolda, Brutusa i Cadiba. Kierował się prosto na stojącego za nim Ulfa, którego nie widział.
- Jestem Nabuchondozozor Mifrin de la Maria Corsica! Nie dam się złapać i ściąć, ot co!
Wtedy Ulf zrobił krok do przodu i zamknął przybysza w uścisku stalowych ramion.
- Puszczaj, bydlaku! - ryknął Imperialista, próbując się wyrwać.
- Najpierw czekamy na słówko wyjaśnienia - rzekł spokojnie Ulf, nie przejmując się wierzgającym mężczyzną. Nabuchondozozor zdał sobie sprawę, że się nie wyrwie, więc zaczął mówić:
- Cóż. Imię moje znacie. Teraz opowiem pewną historię... Będzie krótka, ale wyjaśni skąd się tu wziąłem. Nie podobało mi się wyzyskiwanie chłopów przez ich władców, toteż wraz z ludźmi mającymi takie poglądy jak ja postanowiliśmy się sprzeciwić władzy. Bunt trwał ponad rok. Potem skrytobójcy cesarza zaczęli mordować przywódców rebelii. Wsiadłem tedy na statek i pożeglowałem tu, ku Wschodnim Puszczom z pogonią depczącą mi po piętach. I, cóż, jak widać trafiłem tutaj.
Ulf puścił rebelianta. Nabuchondozozor opadł na kolano, po czym ponownie się wyprostował i spojrzał na rycerza.
- Silny niczym niedźwiedź - mruknął. - Kim jesteś?
- Byłym rycerzem zakonnym.
Imperialista otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale Ulf uniósł rękę, nakazując milczenie.
- Nie pytaj się o nic - rzekł i dorzucił drwa do ognia.
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Wejść! - krzyknął Arnold.
Przez próg przekroczył podstarzały mężczyzna w ociekającym wodą płaszczu.
- Nie uwierzycie! - zawołał. - Oddział z Imperium! Z Imperium!
Ów człowiek był szewcem z pobliskiej wsi, wszyscy wołali na niego "Starzec". Lubił także porządnie popić.
- Gdzie? - zapytał Ulf, spoglądając na niego groźnie.
- Jakieś ćwierć mili stąd.
Nabuchondozozor westchnął i ujął w dłoń miecz.
- Bywajcie. Chyba muszę stoczyć ostatni bój.
Arnold położył mu rękę na ramieniu.
- Walczyłeś w słusznej sprawie. Staniemy za tobą murem.
Nabuchondozozor spojrzał na niego i zamrugał kilkakrotnie.
- Czy chłopska szlachetność ci nie odpowiada? - zapytał kwaśno Ulf.
- Ależ... Nie musicie...
Cadib podszedł do rebelianta i położył mu dłoń na ramieniu. Uśmiechnął się ciepło. Starzec rozejrzał się.
- To ja chyba zmykam - rzucił i wyszedł z karczmy.
Ulf zaśmiał się głośno.
- Nareszcie szykuje się jakaś porządna walka. Brutusie, pobiegnij po mój hełm!
Chłopiec mruknął coś w odpowiedzi i oddalił się wykonać polecenie. Wszyscy rozeszli się do swoich zadań. Nabuchondozozor ubierał napierśnik. Arnold nakładał bełt na cięciwę swojej potężnej, choć dość starej kuszy. Cadib mocował za paskiem kuchenne tasaki, a w ręku trzymał topór do sztukowania mięsa. Brutus wrócił z hełmem garnczkowym Ulfa. Rycerz podziękował i założył osłonę na głowę. Odsunął przyłbicę.
- Dostanę jakąś broń? - zapytał z nadzieją Brutus.
- Nie - rzekł stanowczo kolos. - Nie możesz.
Drzwi uderzyły o ścianę. Do karczmy wszedł ubrany w napierśnik, pstrokaty płaszcz i zdobiony piórami hełm mężczyzna. Chciało wejść za nim wejść kilkoro ludzi w kirysach i kapalinach, ale Ulf stanął przed drzwiami. Człowiek, który wchodził jako pierwszy wpadł na kolosa.
- Zamknięte, żegnam - warknął Ulf.
Miecz miał przerzucony przez plecy.
- Jestem Vladimir, sierżant w służbie jego cesarskiej mości. Przybyłem tu aby pojmać banitę. Więc odsuń się, chamie, bo nie ręczę za siebie!
- Nie mamy tu żadnego banity - syknął kolos.
- Starzec, który stąd wyszedł, twierdził inaczej.
- Nie kryjemy banity!
- Zatem odsuń się, bym mógł sprawdzić.
- Sam chciałeś - westchnął kolos i odsunął się. - Strzelaj!
Szczeknęła cięciwa, świsnęło i z piersi sierżanta sterczał sześciocalowy drzewiec bełtu. Dowódca zacharczał i osunął się na kolana. Legioniści z dobyli mieczy. Ulf wypchnął ich swoją masą na zewnątrz karczmy i dobył miecza. Gdy miał już zadać cios, ujrzał, że na drodze, przy której stała karczma jest kilkudziesięciu zbrojnych, z czego połowa miała przy sobie łuki. Legioniści, których wypchnął Ulf natarli na kolosa. Jeden z nich krzyknął:
- Do ataku!
Rycerz zamaszystym cięciem pozbawił żywota kilku zbrojnych, i rozdając ciosy, cofnął się do karczmy. Zamknął drzwi.
- Barykadować! - ryknął.
Odsunął się na bok, nim Cadib wraz z Nabuchondozozorem przygnietli go do ściany ławą.
- Może trochę ostrożniej? - burknął kolos.
- Niech ktoś mi pomoże! - krzyknął Arnold, przysuwając ławę do bocznych drzwi, prowadzących na ścieżkę do studni i drewutni.
Mężczyźni zabarykadowali i te odrzwia.
- Wyjście kuchenne! - zawołał Brutus.
Za późno. Kilkunastu żołnierzy wpadło do karczemnej izby od strony kuchni. Kilkoro przeskoczyło szynkwas i znalazło się przy Nabuchondozozorze, Cadibie oraz Arnoldzie. Pozostałych zbrojnych dopadł Ulf. Nie starał się zbytnio blokować ciosów. Rąbał wrogów tak, jak rzeźnik porcjuje mięso. Podłoga zalana była krwią, usłana wnętrznościami i odciętymi kończynami. kilkorgu legionistom udało się uciec.
- Blokujemy wyjście kuchenne! - krzyknął Ulf, wkładając miecz do pochwy na plecach.
Wpadł do kuchni. Czekało tam na niego dwóch legionistów z włóczniami. Groty były z dobrego żelaza, ale tylko z żelaza. Ulfa chroniła zbroja z najlepszej stali. Rycerz wpadł na skierowane ku niemu ostrza. Drzewce oręży pękły jak suche patyki. Kolos nawet nie wyciągał oręża. Dłoń w rękawicy trzasnęła w skroń pierwszego żołnierza. Drugi dobył miecza. Ulf złapał zbrojnego za dłoń. Legionista próbował się siłować z rycerzem, ale nie miał dużych szans. Kolos przebił pierś wojaka jego własnym mieczem. Odrzucił ciało na bok i zabrał się za blokowanie drzwi. Zatarasował przejście kuchennymi szafkami. Wrócił do głównej izby, dysząc głośno.
- I jak? - zapytał.
Arnold właśnie wymiotował, a Cadib i Nabuchondozozor wpatrywali się w rycerza z pobladłymi twarzami. Brutusa nigdzie nie było widać.
- Nigdy nie widzieliście prawdziwej walki? Bitwy to nie tylko czyste cięcia i pchnięcia - jakby na podkreślenie tych słów strzepnął zakrwawione strzępy ciał, które wylądowały na szynkwasie. - Lepiej się przyzwyczajcie.
- Czy drzwi są zablokowane? - zapytał Nabuchondozozor.
Ulf skinął głową. Arnold przestał wymiotować i odwrócił się.
- Boże, dopomóż... - jęknął.
Rycerz zaśmiał się.
- Czy ktoś jest ranny?
Nabuchondozozor trącił mieczem jedno z ciał na podłodze.
- Tylko oni. Nie są dobrzy w walce.
- Ale jest ich dużo - rzekł karczmarz słabym głosem.
Przeładowywał kuszę. Ulf zasiadł przy jednym ze stołów i zdjął hełm.
- Brutusie, przynieś jakiś trunek!
Cisza. Nikt nie odpowiedział.
- Brutusie! - krzyknął ostro Ulf.
- Mniejsza z nim - mruknął Arnold. - Co oni teraz zrobią bez dowódcy?
- Bez dowódcy? - rebeliant zaśmiał się cicho. - To był tylko sierżant... Mają pewnie jeszcze jednego, kilkoro kaprali i porucznika. O to się nie martw...
- Świetnie - mruknął Arnold. - Naprawdę świetnie.
- Dobrze, że pada - burknął Ulf. - Inaczej już dawno karczma stałaby w płomieniach.
- Zawsze możemy uciec - wzruszył ramionami karczmarz.
- Co? - Nabuchondozozor zamrugał ze zdziwienia.
- Karczma jest zbudowana na starej kopalni. Szyby ciągną się pod nią. Odkryliśmy korytarz, prowadzący ciągnący się jakieś pół mili i wychodzący na starym polu, które wyjałowiało.
- Klapa w podłodze?
Cadib skinął głową, stanął mniej więcej na środku izby i stuknął stopą kilka razy o deski.
- Dokładnie tam - rzekł Ulf.
Wydarzenia nabrały olbrzymiego tempa. Domniema ana klapa odskoczyła, odepchnięta. Ktoś wbił włócznię w brzuch kucharza. Z otworu w podłodze wyskoczyło kilkoro legionistów. Za nimi podążali następni. Połowa z nich dzierżyła łuki. Wznieśli broń, mierząc w Nabuchondozozora. Nie trafili. Ulf był już przy nich. Potężnym cięciem rozrąbał pierwszego z łuczników. Pozostali puścili cięciwy, ale strzały nie miały czasu nabrać rozpędu i odbiły się od stalowego napierśnika rycerza.
- Hełm! - krzyknął kolos.
Przebił na wylot kolejnego legionistę, lecz musiał puścić swój oręż, aby złapać w dłonie drzewiec włóczni skierowanej na jego twarz. Rycerz wyrwał broń z dłoni zbrojnego i przebił mu szyję. Wtedy dołączył do niego Nabuchondozozor. Z finezją przeszył płuco najbliższego łucznika, wyrwał oręż z rany i zawirował, rozcinając szyję następnego żołnierza. Ulf wtłukiwał właśnie hełm w głowę wojownika wyglądającego na kaprala czy sierżanta.
- Uważaj! - krzyknął Nabuchondozozor.
Na Ulfa zmierzał kolejny legionista, z mieczem wzniesionym do ciosu. Rycerz cisnął w niego trzymanym w rękach bezwładnym ciałem. Zbrojny odskoczył. Wtedy zakuty w stal kolos chwycił go w pasie i cisnął o ziemię. Wyrwał swój miecz z leżących w pobliżu zwłok i przybił zbrojnego do podłogi. Nabuchondozozor płynnie pozbawił głowy jednego z ostatnich żołnierzy. Kolejny wojownik wyjrzał z otworu w podłodze. Bełt przeciął powietrze i roztrzaskał czaszkę zbrojnego.
- Hełm! - ryknął Ulf, chwytając miecz.
Natychmiast podbiegł do niego Arnold z pancerzem w rękach. Rycerz założył hełm na głowę i wskoczył do szybu.
Korytarz był wysoki na jakieś osiem stóp i opadał przez kilkanaście jardów pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Kolos wylądował ciężko na kamieniach, zachwiał się, potknął i przewrócił na plecy. Jak kazało prawo grawitacji, zaczął zjeżdżać w dół szybu. Okazało się, że więcej legionistów zmierza do wnętrza karczmy. Rycerz uderzył w nich niczym stalowy pocisk, łamiąc nogi i krzesząc iskry. W końcu spadek się zakończył i rycerz uderzył o posadzkę. Wstał powoli. Na pancerzu przybyło kilkadziesiąt rys; kolos zgubił miecz i hełm, które teraz powoli spadały w dół. Ulf założył hełm na głowę i ujął miecz w dłonie. Rzucił tylko okiem na jęczących legionistów i pobiegł przed siebie. W oddali korytarza widział światło pochodni. Biegł, aby zobaczyć skąd żołnierze wiedzieli o szybie.
Ulf zatrzymał się jak wryty. Pochodnię trzymał Brutus. Za jego plecami stało kilkunastu łuczników i mężczyzna w hełmie zdobionym piórami.
- Dobra robota, chłopcze - pogratulował upierzony Imperialista Brutusowi.
Rycerz szybko oszacował swoje szanse. Marne, oj, marne.
- I ty, Brutusie, przeciwko mnie? - zapytał rycerz, a w głosie dźwięczała stal.
Chłopiec uśmiechnął się. Łucznicy puścili cięciwy...
***
- Cadibie! - krzyknął Arnold, doskakując do niemowy.
- Nie żyje - mruknął Nabuchondozozor ponuro.
Arnold przyciskał ciało zmarłego towarzysza do piersi.
- Ja... - szepnął rebeliant. - Zejdę na dół. Tak, zejdę na dół...
***
Ulf nie przejął się strzałami. Nie starał się kryć, nic takiego. Nie było gdzie. Po prostu natarł. Część strzał nie trafiła, część odbiła się od pancerza, a jedna czy dwie ugodziły do krwi. Nim łucznicy wystrzelili ponownie, rycerz wpadł na wroga. Cieszył się, że strop jest tutaj aż piętnaście stóp nad podłogą. Ulf mógł bez problemu ciąć z góry na dół. Pierwszy cios rozpłatał głowę dowódcy, który, owszem, wzniósł miecz, ale stal, z której ją wykonano nie wytrzymała. Ostrze pękło jak mydlana bańka, a klinga potężnego oręża ze zgrzytem zagłębiła się w hełm i czaszkę. Dowódca osunął się na ziemię, łucznicy zamarli, dobywając strzał. Brutus wpatrywał się w rycerza z przerażeniem.
Jedynym, którym zachował zimną krew, był kolos w stali i wkrótce przekonał się, że krew legionistów rzeczywiście nie jest nawet chłodna. Dopiero, gdy rycerz posiekał trzech łuczników, pozostali zaczęli działać. Zbrojnym drżały ręce, więc strzały nie były zbyt celne, ale kilka pocisków ugodziło kolosa. Rycerz na razie się tym nie przejmował. Wymachiwał mieczem, rąbiąc przeciwników. Gdy już żaden z legionistów nie oddychał, Ulf wsparł się na orężu, dysząc ciężko. Zdjął hełm. Po jego twarzy obficie spływał pot. Wtedy rycerz uświadomił sobie, że o jednej rzeczy zapomniał.
- Zdradliwy psie! - krzyknął, patrząc na przerażonego Brutusa.
Wtedy przybiegł Nabuchondozozor.
- Cholera! - krzyknął rebeliant. - Co tu się dzieje?!
- Ten mały pies - kolos wskazał mieczem Brutusa. - Zdradził nas.
- Chyba nie zabijesz dziecka? - Imperialista uniósł brwi.
Brutus stał jak wryty, wpatrując się w Ulfa.
- Czemu nie? - rzekł obojętnie rycerz i przebił mieczem pierś chłopca.
Brutus jęknął cicho; z jego ust popłynęła gęsta krew. Skonał.
- Co ty zrobiłeś? - zdziwił się Nabuchondozozor.
- Zabiłem go - mruknął Ulf i kopniakiem zrzucił chłopaka z ostrza.
Potem rycerz oparł się o ścianę i osunął na ziemię.
- Pobiegnij po jakieś opatrunki, z łaski swojej... - mruknął.
Gdy Nabuchondozozor się oddalił, Ulf zaczął odpinać napierśnik, korzystając z nikłego światła pochodni leżącej na ziemi. W końcu wrócił Imperialista wraz z Arnoldem. Rycerz nie miał już połowy pancerza.
- Chodźmy - rzucił Nabuchondozozor pomagając Ulfowi wstać.
Arnold pozbierał rynsztunek kolosa i udał się za nim na górę. Rycerz zauważył, że legioniści, na których trafił zjeżdżając leżą martwi, poprzebijani mieczem. W głównej izbie Ulf położył się na ławie. Arnold w kilka godzin opatrzył jego rany. W tym czasie Nabuchondozozor znosił zwłoki do szybu.
- Chyba czas na sen - mruknął rebeliant. - Pierwszy obejmuję wartę, później ty, Arnoldzie.
- A ja? - spytał Ulf.
- Ty musisz odpoczywać. No, spać, ludzie!
Arnold i rycerz postąpili tak, jak kazał Nabuchondozozor...

- Wstawać, durnie! - krzyknął Arnold.
Ulf zerwał się na nogi, podobnie jak Imperialista. W pokoju unosił się swąd dymu i było strasznie gorąco.
- Co się dzieje? - zapytał Nabuchondozozor.
- Chyba podpalili karczmę! - krzyknął Arnold, panicznie wymachując rękoma.
Ulf uniósł klapę w podłodze i buchnęło w niego gorąco. Natychmiast ją opuścił.
- Odcięli nam drogę ucieczki - mruknął kolos.
- Bezpieczną drogę ucieczki - poprawił Nabuchondozozor. - Możemy wyjść drzwiami.
- Zatem tak zróbmy - rycerz wzruszył ramionami i zabrał się za ubieranie zbroi.
- Jak rany? - zapytał Arnold.
- Dam sobie radę - mruknął Ulf. - Ładuj kuszę. walka będzie prosta, jest ich kilkunastu, a musieli osaczyć aż trzy wyjścia. Pomoże mi ktoś z tym żelastwem?
Kolos wraz z Nabuchondozozorem ubrał zbroję i sięgnął po miecz.
- Od frontu? - zapytał.
Arnold przytaknął, poprawiając uchwyt na kuszy. Rebeliant dobył broni.
- Do ataku - szepnął rycerz, otworzył drzwi i ryknął: - Do ataku!
Kolos wypadł z karczmy. Przed budynkiem stało pół tuzina łuczników oraz człowiek w pierzastym hełmie i zdobionym płaszczu. Bełt śmignął tuż nad ramieniem Ulfa i ugodził sierżanta tudzież porucznika w klatkę piersiową. Legioniści wystrzelili z łuków. Strzały minęły szarżującego kolosa i rebelianta. Rycerz wraz z towarzyszem wpadł na wroga. Potężnymi cięciami rąbał przeciwników na kawałki.
- Uwaga! - krzyknął Arnold.
Ulf obejrzał się. Zmierzało ku nim jakichś dziesięciu legionistów z włóczniami i mieczami. Wtedy rycerz ujrzał płonącą karczmę. Cały dach stał w płomieniach. Ulf zdziwił się, jakim cudem budynek jeszcze stoi.
- Są moi! - krzyknął Nabuchondozozor i ruszył w kierunku nadbiegających.
Ulf pobiegł tuż za nim. Rebeliant odbił włócznie przeciwników i ledwo zasłonił się przed ciosem miecza.
- Za dużo ich! - krzyknął, parując kolejne ciosy.
- Do czasu - mruknął rycerz i wszedł między walczących, tnąc mieczem.
Pierwszy przeciwnik padł na ziemię, ściskając kikut ramienia, drugi osunął się z rozpłataną czaszką... I tak po kolei, aż trawa przed karczmą spływała obficie krwią.
- Dobra robota - rzucił Ulf, opierając się o miecz.
Wtedy podbiegł do niego Arnold.
- Karczma się wali!
- No popatrz - warknął kolos.
Wtedy runął strop. Olbrzymi kłąb dymu i popiołu wystrzelił w powietrze, okolicę wypełnił trzask pękającego drewna.
- O do cholery... - westchnął rycerz, spoglądając na rumowisko...


Kryteria oceniania:

Oryginalność – 10 punktów (ogólny pomysł na rozwinięcie tematu - im bardziej niekonwencjonalne podejście do tematu tym więcej punktów)
Estetyka tekstu - 20 punktów (połączone styl + błędy z uzasadnieniem)
Zgodność z tematem - 10 punktów (na ile odbiegliśmy od tematu pojedynku)
Ogólne wrażenia - 10 punktów (wrażenia ogólne, przesłanie, wartości itp.)

Przykład:

Tekst 1 - Tekst 2

Oryginalność - 5 - 10
Estetyka tekstu - 15 - 11
Zgodność z tematem - 10 - 2
Ogólne wrażenia - 8 - 10

Razem: 38 : 33

Czas oceniania do 18 października
Zobacz profil autora
PostWysłany: 12.10.2007 o 17:03
Iliana
Skryba
Skryba

 
Dołączył: 21 Wrz 2007
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z półmroku





Od razu mówię, że nienawidzę oceniać cudzych prac, lecz czynię to, bo zostałam ładnie poproszona.


Folvor

Oryginalność 7/10 (ciekawe rozwiązenie samej kwestii owej gospody, jako "karczma, stajnie, dom publiczny i gildia najemników w samym środku olbrzymiego lasu")

Estetyka tekstu 19/20 (raczej nie mam zastrzeżeń, maksa nie daję z zasady)

Zgodność z tematem 4/10 (tutaj niestety odbiegłeś od tematu, sama karczma choć ciekawie zarysowana, zeszła na drugi plan, chociaż było wyraźne nawiązanie do samej nazwy)

Ogólne wrażenia - 8/10 (ogólnie podobało mi się)


Testudos

Oryginalność 5/10 (ot burda w karczmie :P)

Estetyka tekstu 17/20 (pojedyncze literówki, ale raczej bez błędów, zaś jeśli chodzi o styl, to mogłoby być trochę więcej opisów)

Zgodność z tematem 9/10 (tu trzeba przyznać, że trzymałeś się tematu)

Ogólne wrażenia - 6/10 (generalnie tekst mnie nie urzekł jakoś specjalnie, mogłoby być ciekawsze ^^)


Oryginalność
7 - 5

Estetyka tekstu
19 - 17

Zgodność z tematem
4 - 9

Ogólne wrażenia
8 - 6


Razem:
38 - 37


Ostatnio zmieniony przez Iliana dnia 12.10.2007 o 17:23, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
PostWysłany: 12.10.2007 o 17:20
Testudos
Korwin-Mikke, o-o!

 
Dołączył: 10 Wrz 2007
Posty: 498
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Głogów





Więcej opisów? Niestety, miałem tylko sześć stron Very Happy

A punkty nie powinno być:
38 : 37/36

37/36 dlatego, ze zgodność z tematem mam na górze 8, na dole 9 Very Happy
Więc ile?

PS Jesteś skorumpowana? xD
Zobacz profil autora
PostWysłany: 12.10.2007 o 17:22
Iliana
Skryba
Skryba

 
Dołączył: 21 Wrz 2007
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z półmroku





Sorry za błędy w liczeniu, ale się śpieszyłam i nie miałam kalkulatora :P
Zaraz wyedytuję i poprawię.

Dlaczego miałabym być skorumpowana? :>
Zobacz profil autora
PostWysłany: 12.10.2007 o 17:32
Testudos
Korwin-Mikke, o-o!

 
Dołączył: 10 Wrz 2007
Posty: 498
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Głogów





Folvor mówił, że cię przekupił, abyś dała mu punkt xD
Dobrze, ja już nie offtopuję...
Belw, oceniaj Very Happy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 12.10.2007 o 18:28
lukadepailuka
Mistrz Cechu
Mistrz Cechu

 
Dołączył: 15 Wrz 2007
Posty: 67
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3





Tekst Folvor'a(1)-Tekst Testudos'a(2)


Oryginalność - 10 - 6: pomysł odnośnie chowania się uciekinierów wydaje mi się trochę, hmm. Oklepany? A pomysł Folvora jest dla mnie bardziej oryginalny

Estetyka tekstu - 19 - 19: Oba teksty wydają mi się równie czyste i wypucowane, no oczywiście są małe błędy.

Zgodność z tematem - 8 - 10: Mam nadzieje, że nie trza tłumaczyć.

Ogólne wrażenia - 9 - 9: Hmm, tu było ciężko zagłosować. Oba teksty mi się podobały i cenie je mniej więcej na takie same. U Testa wiele dialogów, u Folva już mniej. Po dłuższych namysłach zdecydowałem się jednak przydzielić po tyle samo punktów.

Razem: 46-44

No, cóż. Przykro mi, ale Folvor u mnie jest zwyciężcą.
Zobacz profil autora
PostWysłany: 26.10.2007 o 19:56
Testudos
Korwin-Mikke, o-o!

 
Dołączył: 10 Wrz 2007
Posty: 498
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Głogów





Folvor wygrywa!

Punktacja:

Folv: 42
Test: 40,5

Hurra! Ju-pi-du!
Radujmy się!

Gratuluję, Folv ^^
Zobacz profil autora
PostWysłany: 27.10.2007 o 11:30
Belwar
Szatan Serduszko

 
Dołączył: 10 Wrz 2007
Posty: 324
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna





Jak obiecałem, miałem ocenić, ale że forum nie działało to się nie dało...
Zobacz profil autora
Folvor vs. Testudos
Forum Teslar Forum Strona Główna -> Teatr wielki
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin