Belwar |
Szatan Serduszko |
|
|
Dołączył: 10 Wrz 2007 |
Posty: 324 |
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/3
|
Płeć:  |
|
|
 |
 |
 |
|
Przez pomyłkę skasowałem ;p...
Dźwięk organów cichł powoli, systematycznie. Ciężko uwierzyć, że muzykę tę grał człowiek, bo im stawała się delikatniejsza i słabsza, tym bardziej potęgował się jej urok. Zniknęła. Zupełnie. Pozostała tylko martwota.
Wszechobecna.
Organy? Ach, jasne, to musiał być kościół. Płaskorzeźby przedstawiały stacje z drogi krzyżowej, z jakimś przytłaczającym realizmem działające na oczy wiernych. W obu skrzydłach budowli stały ławki. Proste, drewniane, bez oparcia, bez wygód i jakichkolwiek ornamentów. Posadzka składała się z ułożonych w karo płytek barwy brunatnej. W ogóle cały ten budynek przypominał coś z poprzedniego millenia, co najmniej średniowiecza. Zaraz, a może to faktycznie było poprzednie tysiąclecie?... Nie, chyba nie…
Wracając do wyglądu kościoła. Po środku stał jeden, niewielki ołtarzyk, składający się ze starego klęcznika i ogromnego krzyża, który piął się w górę i jakby wskazywał na sklepienie, na niebo, na… raj? Symbol cierpienia osadzony był w sporych rozmiarów donicy. Martwe drzewo? Drzewo krzyża? Obok niego płonęły dwie lichutkie świeczki, mogące się w każdej chwili wypalić; wosk lał się po podłożu. Chociaż panował dzień, to zdawało się, że gdyby ktoś je zgasił, to na okolicę spadłaby wielka zasłona nocy. Bo przecież płomyki tańczyły tak romantycznie – to knot miał się ułamać, to już się prostował; to światełko przygasało, a już odżywało z nową siłą. Prostota piękną jest. I tyle.
Przejdźmy nieco wyżej. Okna, jakby łącznicy między ziemią a niebem, sąsiadowały z sufitem i podłogą. Od razu wiadomo, że były wysokie. Jednak ich szerokość pozwalała na umieszczenie aż siedmiu na jednej ścianie i tyluż na drugiej, zostawiając jednocześnie miejsce na tą dramatyczną mękę Jezusową. Rzecz oczywista, że szyby były witrażami. Dominowały anioły, umierające diabły i jakieś wszechobecne kwiaty. Jakość farby pozostawiała wiele do życzenia, ale i tak nawet buzie demonów wyglądały uroczo.
Sklepienie? I freski na nim? Nie, to nie ma sensu… Mógłbym tak do wieczora. Opowieść musi trwać i się najpóźniej w tym roku zakończyć. Przesuńmy wszystko o parę minut.
Organista odegrał jeszcze jedną pieśń, z tym samym efektem pobudzającym ludzkie serca, chociaż nikogo oprócz niego tam nie było. Grał do siebie?
Do kościoła wszedł… ksiądz. Najzwyklejszy, najskromniejszy, po prostu normalny duchowny katolicki. Ubrany był w najpospolitsze zielone szaty, a trzymał oburącz mały, drewniany krzyż. Przeszedł kilka kroków wzdłuż ławek, aż po chwili znalazł się przed ołtarzem. Obrócił się na pięcie, podrapał po łysinie i odchrząknął wymownie. Potem nieco głośniej i z mniejszą elegancją, stawiając na funkcję praktyczną tego dźwięku.
Podziałało.
W moment w budynku znalazło się siedmiu żołnierzy. Nie takich zwykłych, to była elita najlepsza z możliwych. Nie sposób opisać cierpień, jakie musieli przeżyć ci mężczyźni, aby zostać tymi, kim są. Wybrani w wieku kilku lat do służby, aby móc sprostać w takich sytuacjach, jak ta, na pozór zwykła. Bazowo mieli oni wyglądać i działać nieco inaczej, ale postęp nieubłagany jest.
Każdy miał na sobie czarny, identyczny strój, który sam przez się wiał respektem. Głowę takiego super żołnierza skrywał kask – ktoś nie obeznany zapewne stwierdziłby, że pożyczony od motocyklisty. W końcu ma szybkę, chroni czaszkę, ma kształt zbliżony do niej… Otóż, nic bardziej mylnego. Hełm ten to istne cudo techniki, lecz w jego konkretne aspekty zagłębiać się nie będę, bo i tak nic byście z tego nie zrozumieli. Klatka piersiowa pokryta była kamizelką kuloodporną, o działaniu co najmniej magicznym. Biegamy sobie w niej jak w dresie, a tu nagle jedna decyzja – i staje się nie do przebicia. Pas każdemu młodemu czytelnikowi komiksów skojarzyłby się z tym od Batmana. Siedlisko elektroniki, gadżetów i bynajmniej nie batoników. Nogi od zawsze były symbolem podpory. I nie inaczej było tutaj. Jakieś dziwne żelastwo otaczało je zewsząd, tak jakby same nie mogły o własnych siłach napędzać organizmu. Nazwano to coś egzoszkieletem. Poprawia ludzką sprawność o jakąś jedną trzecią, tak na marginesie. Cały efekt powalał ludzi lubiących zabawę w wojsko.
Mała armia uformowała siedmiokąt, a ksiądz znalazł się w środku. Łysy, lichy staruszek osobliwie wyglądał wśród tych specjalistów. Zwłaszcza, że wszyscy trzymali w ręku karabin wyglądający na przeraźliwie skuteczny.
Zdjęli hełmy. Twarze ukazały sześciu mężczyzn około trzydziestki - czterdziestki o dziwo pozbawionych jakichkolwiek blizn. Miejmy nadzieję, że to efekt chirurgii, a nie mizernego udziału w walce… Tak, żołnierzy było siedmiu. Bo ten siódmy był kobietą. Nikt tu z obecnych nie był w stanie stwierdzić, jakim cudem taka piękność znajduje się w armii, a nie na wybiegu Miss World. Włosy koloru kasztanów, ale takich które skrywają jeszcze w zielonej łupinie swój żywy brąz, w jednej chwili od usunięcia hełmu oplotły jej nad wyraz wypukły munduropancerz. Nasuwa się pytanie: w jaki sposób kask pomieścił tyle materiału?
-Oczy… Dwa szmaragdy oprawione w ramkę podkręconych rzęs. Usta? Truskawki zerwane w świetle czerwca. Wybaczcie mi, że być może się staram, ale absolutnie nic nie jest w stanie wyrazić tego słodkiego wrażenia. Skóra z kaszmiru… Dobrze, wystarczy…
Wśród żołnierzy wybuchło lekkie poruszenie.
-Ekhm… Księże Józefie? Czy wszystko z księdzem w porządku? – zapytał jeden z mężczyzn. Obiekt zachwytów księdza, który wpadł w chwilowy trans, nie był w stanie powiedzieć czegokolwiek.
Duchowny dwa czy trzy razy zamrugał. Postukał się w pusty(na zewnątrz!) łeb. Odkaszlnął, spojrzał się na kobietę, a potem jakby udał, że nic nie słyszał.
-Mówiłem coś? Nie? Oh, jak to dobrze. Koniec żartów. Dobrze wiecie, w jakim celu się tu zgrupowaliśmy. Jesteśmy sami? Nie? A więc, panie organisto, prosiłbym o opuszczenie kościoła…
Wspomniany delikwent przeląkł się strasznie. Nie był może człowiekiem nieśmiałym, ale na pewno ostrożnym. I posłusznym. W ciągu zaledwie kilku sekund wybiegł z sali, sprawiając wrażenie, jakby nigdy już się tu nie miał pojawić. Ksiądz Józef uśmiechnął się nieznacznie.
-Proszę bardzo… możemy zaczynać. Przyklękajcie kolejno.. Czy ty, Jakubie Lawicky, ślubujesz, że zadaniu sprostasz dobrowolnie, mężnie i wytrwale?
-Ślubuję. Tak mi dopomóż Bóg! – mężczyzna o pochmurnej, ciemnowłosej twarzy schował broń do paska, prawą rękę położył na sercu i uklęknął jednym kolanem.
-Arkadiuszu Folvorze, ślubujesz, że zadanie swe wykonywać będziesz dobrowolnie, mężnie i wytrwale?
-Ślubuję. Z Bożą pomocą. – wysoki, aczkolwiek nieco wątły człowiek trzymał dłoń uniesioną w górę. Następnie dołączył do poprzedniego. Z kieszeni wypadł mu pionek do szachów, którego pośpiesznie schował…
Ksiądz zaczął wspomagać się karteluszką wyjętą z potajemnie z rękawa.
-Hm… A więc, czy również i ty, Alanie Testudosie, zobowiązujesz się do dobrowolnego, mężnego i wytrwałego wykonania misji?
-Taa…? – bezczelność kipiała z twarzy niskiego, pulchnego mężczyzny z nieuczesanymi włosami przyciemnionego blondu. Zamiast użyć samej ręki, wyjął zza pasa maczetę i pomachał nią na wszystkie strony. Gdy doprowadził się do porządku, uklęknął.
Duchowny nie był pocieszony.
-Jeszcze dzidzia się nie pobawiła zabaweczkami? No, na dobrą sprawę, na dobrą sprawę… No. Bartoszu Belwar, hm… Dobrze tu jest napisane? – ksiądz zaczął mówić tylko do siebie – Powalonych musiałeś mieć rodziców… „Be” i „b”… hm… - Znów wzmocnił głos – Nudzie mnie to. Czy ślubujesz, nananana….?Hem?
-Ue no ba. Na większą chwałę BOŻĄ! – donośny głos długowłosego żołnierza, jakby próbującego rywalizować z tamtą kobietą, zatrząsł witrażami. Zawstydził księdza swoim tekstem, który, w porównaniu do mowy duchownego, był wręcz magiczny. Uczynił jak pozostali, przy okazji wykładając z paska, w którym można znaleźć wszystko, batonika. Konsumował.
Ksiądz otarł pot z czoła. Miał dość.
-Może to ominiemy? Nie? No trudno. Krzysztofie Witcher, jak wyżej?
-Ta, być może!
Mężczyzna ciemniejszej cery szczerze się ubawił. Bawiła go łysina dostojnika kościelnego, bo sam nie posiadał imponujących włosów na głowie w wyniku cotygodniowego golenia. Popuszczał do wszystkich oczy, a potem zajął pozycję, jaką nakazywała etykieta.
-Dobrze, że zmierzamy do końca… Rafale Azmarze, zgadzasz się z pozostałymi?
-Jak, kurwa, masz na imię!? A, co? Przepraszam, zamyśliłem się… Powiedzmy. – Jego wzrost tym razem był pomocny, bo jako ktoś bardzo niski łatwo uciekał wzrokowi.
Ceremonia dobiegała końca.
-Och, ostatni, tak? Jak dobrze… Przepraszam najmocniej, OSTATNIA! Czy zobowiązujesz się, Gosiu, eh, Małgorzato Iliano, że swe zajęcie wykonasz dobrowolnie, kobieco… tfu, mężnie! I tego… zapomniało mi sii… No, tak, ochoczo? – Józef z trudem ukrywał rumieńce. Nie spuszczał oczu z kobiety, ale starał się to robić skrycie.
-Oczywiście – odparła ze słodyczą. Skromnie wykonała tę samą czynność, co reszta.
Ksiądz doprowadził się do porządku.
-Wszyscy? Wszyscy. Nie ma sensu przeciągać, kończymy. Włóżcie Hełmy! Co znowu, panie Azmar?
Dopiero teraz zauważono, że a jednej z ławek leży sporych rozmiarów wyrzutnia rakiet. Rafał czym prędzej pobiegł w jej kierunku.
-Wstąpisz po drodze do sklepu i kupisz mi Kitkata? Proszę… - Belwar zdawał się być poważny.
-Tak, wybaczam ci – ksiądz starał się zrewanżować za akcję sprzed kilku minut. Azmar wrócił na miejsce, taszcząc za sobą kawał żelastwa. Duchowny wymamrotał kilka zdań po łacinie z tej samej kartki, zrobił jakieś dziwaczne znaki rękami i ukrycie, schowaną z tyłu ręką, nacisnął na jakiś guzik o pilota.
W tym momencie do kościoła wpadł ósmy żołnierz. A nad siódemką uformował się barwny pierścień. Można powiedzieć, że przedstawiał kolory tęczy. Czas jakby się spowolnił. Całe wieki trwał sus nowo przybyłego jegomościa, Józef ledwie ruszał ustami. Owal nad głowami drużyny ślimaczo rósł, jednak w końcu zaczął ich przykrywać. Tęcza w budynku? Nic tu nie da się wytłumaczyć.
I, jak na złość, w ciągu sekundy ksiądz się zakrztusił, armia zniknęła, a ostatni żołnierz przewrócił na posadzce.
-Uh, uh… Zaraz… - Duchowny spojrzał na swą listę i przeczytał jakiś, widocznie opuszczony napis – czy ślubujesz, nanananana… Ludwiku Dorn…
-I psie Sabo! – krzyknął leżący dziwak
-Nie podążajcie tą drogą! Jeżu Chryste! Co to było! Wszystko widziałem! I słyszałem! – nie wiadomo skąd pojawił się tu organista. Najprawdopodobniej oszalał.
-Zgiń, przepadnij, siło nieczysta! Nikt nie mógł o tym wiedzieć! Ksiądz przeklnął muzyka, który wbiegł na ulicę i natychmiast przejechał go tir. Przypadkowo? Na wszelki wypadek, Józiu posłał w jego kierunku fajerbola. I drugiego. Potem trzeciego.
- Ahahaha! A ty? – zapytał się Ludwika Dorna. Strzelił błyskawicą. Żołnierz, pomimo zbroi ochronnej, zmarł na miejscu.
-Eh, ciężki dzień. Idę sobie zrobić kanapkę. I posiedzieć przy żubrze. Organisto, hop hop… A nie, zapomniało mi się. – Józef wyszedł z kościoła.
Nieświadom był tego, że całą sytuację obserwował skulony pod ławką koscielny. Postanowił opowiedzieć o tym całej wsi.
Dziesięć lat później, podczas prac renowacyjnych na plebanii, znaleziono w ogródku czyjeś zwłoki. Ich smród wskazywał na to, że muszą mieć jakąś dekadę. Wiedziano, że zrobił to nikt inny, jak ksiądz Lipiński, jednak przejął on wtedy władzę nad światem i bano się podzielenia losu kościelnego…
-Organisto! Ah… Tak tak, i żyli długo i szczęśliwie, a mysz ogonkiem zakręciła i bajka się skończyła…
***
Tymczasem mała armia… |
|